Opowieść krakowskiego weterynarza o Robin Hoodzie z Galicji. Rozmowa z Radkiem Rakiem, autorem "Baśni o wężowym sercu"

Anna Piątkowska
Anna Piątkowska
Radek Rak, tegoroczny laureat Nagrody Literackiej Nike za książkę "Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli" na co dzień jest lekarzem weterynarii w jednej z krakowskich klinik
Radek Rak, tegoroczny laureat Nagrody Literackiej Nike za książkę "Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli" na co dzień jest lekarzem weterynarii w jednej z krakowskich klinik fot. Mikołaj Starzyński
Kilka tygodni temu Radek Rak stał się jednym z najbardziej znanych lekarzy weterynarii w Polsce za sprawą Literackiej Nagrody Nike, którą otrzymał za powieść „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”. Nam krakowski weterynarz opowiedział o dziecięcej fascynacji Robin Hoodem z Galicji, miłości do zwierząt i krakowskich miejscach, w których lubi się chować przed światem.

FLESZ - Koronawirus w Polsce. Zachowajmy czujność i zdrowy rozsądek

Kiedy kilka tygodni temu odbierałeś Nagrodę Literacką Nike, wyglądałeś na zaskoczonego.
Tak, to było ogromne zaskoczenie. Udało mi się już przeczytać większość z nominowanych książek i tym bardziej jestem zaskoczony. Kiedy pisałem „Baśń o wężowym sercu”, nie myślałem, że będzie ją czytał odbiorca literatury wysokiej. Fantastyka spychana jest w niszę podliteratury, panuje przekonanie, że to powieści dla pryszczatych nastolatków, bo są tam elfy czy roboty. Choć w pierwszej dekadzie tego wieku wydawało się, że coś się w tej kwestii ruszyło, powstało dużo dobrych powieści z nurtu fantastyki: „Czarne” Ani Kańtoch, książki Wita Szostaka, Łukasz Orbitowskiego, „Inne pieśni” i „Lód” Jacka Dukaja, które śmiało mogłyby zaistnieć dyskursie mainstreamowym, a jednak poza „Lodem” Dukaja były w nim zupełnie nieobecne. Inna sprawa, że fantastyka też sama się zamknęła w takim getcie, a izolowanie do niczego dobrego nie prowadzi. Mam nadzieję, że uda mi się wyjąć cegiełkę z tego muru.

Zostałeś zauważony przez mainstream, a zaraz po Nike „Baśń” dostała także ważne wyróżnienie dla literatury z nurtu fantastyki - Nagrodę Literacką im. Żuławskiego.
To dla mnie bardzo ważna nagroda. Jerzy Żuławski jest pochowany w moim rodzinnym miasteczku, a jako młody chłopak lubiłem czytać jego książki. Ale także dlatego, że właściwie wszystkie książki, które były dla mnie formacyjne, kiedy zaczynałem swoją przygodę z pisaniem, otrzymywały Nagrodę im. Żuławskiego lub nominacje do niej.

„Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, za którą dostałeś Nike, nie jest wprawdzie powieścią historyczną, ale podejmuje temat historyczny. Skąd pomysł, by zająć się tematem rabacji i Jakuba Szeli?
Pomysł napisania książki o Jakubie Szeli żył we mnie od bardzo dawna. Kiedy byłem dzieckiem oglądałem serial o Robin Hoodzie - zawsze bardzo lubiłem archetyp dobrego zbója - mój dziadek, widząc to, skrzywił się z niechęcią i zaproponował, że opowie mi o prawdziwym Robin Hoodzie. I opowiedział baśń o Jakubie Szeli.

Trzeba pamiętać, że w rejonach, z których pochodzę, w Dębicy i całym dawnym cyrkule tarnowskim, Szela miał swoją białą legendę, w której urastał do rangi takiego Janosika, który zabiera bogatym i daje biednym. Potem, kiedy poszedłem do szkoły, dowiedziałem się, że ten Robin Hood mordował ludzi, że Jakub Szela był krwawym zbójem. Narodziło to we mnie ogromny dysonans. Zawsze też miałem poczucie braku, że nikt nie pisze o moim rodzinnym miasteczku, że wszystkie ciekawe opowieści dzieją się gdzie indziej. Kiedy byłem dzieckiem, ogromnym przeżyciem było dla mnie, kiedy jechałem do Krakowa - to było miasto z opowieści, z książek o Baltazarze Gąbce.

Wracając do Dębicy miałem wrażenie nieliterackiej zwyczajności, doszedłem więc do wniosku, że będę pisał o moich rodzinnych stronach. Nie tylko „Baśń o wężowym sercu” opowiada o okolicach Dębicy, większość moich opowiadań to galicyjskie opowieści. Nadal zresztą czuję się związany z moim rodzinnym miasteczkiem, choć już niemal sześć lat mieszkam w Krakowie i pewnie już tu zostanę, bo nie lubię się przeprowadzać.

Postać Jakuba Szeli zanurzona jest w dwóch skrajnych legendach: negatywnej, „czarnej” narracji prowadzonej z perspektywy dworku oraz gloryfikującej go „białej” legendzie chłopskiej. Tobie udało się "obronić" tę postać z opowieści dziadka. Rozumiesz swojego bohatera?
Ja wszystkich swoich bohaterów rozumiem, każdy nosi jakiś pierwiastek mnie. Jakuba Szelę, który jest ukazany w powieści, który potem zostaje Wiktorynem Boguszem, lubię jako postać i uważam, że nie jest złym człowiekiem, ale też jestem daleki od gloryfikowania historycznego Szeli czy pokazywania go jako wzoru świadomości klasowej. To naddatek sensu, który przypisujemy tej postaci jako ludzie XXI wieku. Jednak jeśli się zagłębimy w materiały źródłowe, ukazuje nam się obraz zupełnie innego człowieka.

Na pewno Szela wyróżniał się spośród innych chłopów, był obdarzony charyzmą, ale też pewnie niejeden watażka na Bliskim Wschodzie, który obsadza studnie swoimi ludźmi z kałaszami jest obdarzony charyzmą, co nie oznacza, że jest bohaterem. Kiedy poznajemy w szkole narrację historyczną o rabacji, bardzo mocno się nad nią prześlizgujemy - wszystko ogranicza się do tego, że Austriacy przekupywali chłopów, żeby mordowali szlachtę, by nie doprowadzić do wybuchu powstania i przechodzimy dalej. Nie pamiętamy o tym, że rabacja nie wzięła się znikąd, nie mówimy o nadużyciach, których szlachta dopuszczała się wobec chłopów, o regulacjach, które zostały wprowadzone przez zaborcę i były szczególnie przykre, bo świadczyły o tym, że Polacy sami nie byli w stanie uporać się z problemami relacji wieś - dwór.

Poza tym też, co nie jest powszechnie wiadome, ziemie, które były pod władaniem Jakuba Szeli, czyli w dolinie Wisłoki, pomiędzy mostem w Jaworzu a mostem w Kołaczycach, w czasie rabacji były swego rodzaju okiem cyklonu, tzn. po pierwszych dniach, kiedy Szela zemścił się na Boguszach i zrobił już to, co chciał zrobić, panował tam spokój. Szela stworzył takie mini państewko, wydawał glejty na przejazd, swego rodzaju kartki na drewno, miał swoją milicję. To był obszar, który był dość dobrze zorganizowany, kiedy wokół trwał ogromny chaos, nad którym nikt nie potrafił zapanować. Moje serce w tej powieści jest po stronie chłopów, co nie oznacza, że usprawiedliwiam mord, czy to, co się działo wczesną wiosną w 1846 roku.

Dziś najprawdopodobniej nie poznamy już powodu, który stał się bezpośrednią przyczyną wydarzeń, o których piszesz. Ty mówisz, że Jakub Szela musiał mieć powód „z serca”, bardzo osobisty.
Najprawdopodobniej kierowała nim chęć zemsty osobistej, ale tego się rzeczywiście nie dowiemy. Natomiast rzeczywistość historyczna była taka, a nie inna i można postawić pytanie, czy mogłoby się obyć bez rabacji. Ja uważam, że tak, ponieważ rabacja, tak naprawdę, nic w losie chłopów nie zmieniła. Chłopi też nie podważali układu dwór - wieś, dla nich pańszczyzna była czymś tak oczywistym jak to, że Wisłoka wyleje w lipcu albo że będą głodować na przednówku, ci ludzi zostali przez system sprowadzeni do kategorii podludzi. Po rabacji nie zmieniło się kompletnie nic, wszystko wróciło na te same tory. Dwa lata później, w 1948 roku, kiedy Franciszek Józef został cesarzem zniósł pańszczyznę i nagle się okazało, że można.

„Baśń o wężowym sercu” buduje baśniowy, mityczny świat, w tym kontekście mówi się o podobieństwie twojej powieści do twórczości Olgi Tokarczuk.
Po Noblu dla Olgi Tokarczuk zabrzmi to banalnie, ale ona była dla mnie autorką formacyjną, ważną i istotną, chyba najważniejszą pozafantastyczną autorką. Kiedy kończyłem szkołę średnią i wybierałem się na studia miałem kombo literackie, przeczytałem „Inne pieśni” Dukaja, „Wichry Smoczogór” Wita Szostaka i „Prawiek i inne czasy” Tokarczuk. Potem świat był już zupełnie inny, wszystko mi się wywróciło jak nigdy przedtem i nigdy potem, i w pojmowaniu rzeczywistości, i w pojmowaniu literatury. Mimo, że nadal trafiam na książki, który mnie zachwycają, takiego doświadczenia literackiego już nigdy potem nie miałem. Moją ulubioną książką Olgi Tokarczuk jest „Dom dzienny, dom nocny” ze względu na te trochę mistyczne klimaty.

„Baśń” stanowi też przełamanie takiego nurtu pisania o wsi w tonie zjednoczenia z naturą, „wsi spokojna, wsi wesoła”.
Nie lubię ukazywania wsi jako idyllicznego miejsca, gdzie sobie mieszczuch może wyjechać, bo tam zupełnie inaczej płynie życie, wszyscy są wolni i szczęśliwi. Nie lubię też pokazywania prowincji jako Mordoru, miejsca, gdzie tylko ciemność, alkoholizm i przemoc. Chciałbym pokazać, jak jest naprawdę. Oczywiście „Baśń” pokazuje odległą, XIX-wieczną rzeczywistość, natomiast wiele osób twierdzi, że wyłaniają się analogie do współczesności. Uważam, że jak autor napisze książkę, to powinien zamknąć usta na jej temat i unikać interpretacji, więc się nie wypowiadam. Jeśli ktoś widzi tam analogie, to widocznie są, choć ja ich tam nie wkładałem.

Dla mnie „Baśń” jest niezwykłą książką przede wszystkim ze względu na język bliski temu, jakim pisali Leśmian czy Schulz.
Schulz i Tolkien są dla mnie najważniejszymi twórcami. Nikt tego nie zrobił z językiem polskim tego co Schulz. Kiedyś Wit Szostak powiedział mi, że pisanie, tak naprawdę, jest uciekaniem od swoich własnych mistrzów. Wówczas tego nie zrozumiałem, teraz rozumiem. Wiem, że z Schulza bardzo wiele czerpałem i chciałbym się już od niego uwolnić. Może ci mistrzowie będą obecni gdzieś w podziemiu mojej literatury, ale w zupełnie inny sposób - tak jak jest w „Baśni” obecny Tolkien.

Choć nie jestem fanką literatury fantastycznej, czytanie „Baśni” było dla mnie wielką przyjemnością, czy pisanie też było przyjemnością, czy to raczej ciężka praca?
Pisanie jest ciężką pracą, którą mogę porównać z tym wysiłkiem, jakiego wymaga moja standardowa praca jako lekarz weterynarii. Oczywiście, to zupełnie inna praca. Nie jest to także jakaś pańszczyzna, którą muszę odrabiać, pisanie sprawia mi ogromną przyjemność. Każde napisane opowiadanie czy powieść czegoś mnie uczy o moim własnym życiu, pokazują rzeczy, które są nieuświadomione albo to że myślę zupełnie inaczej niż mi się wydaje. Pisanie jest doświadczeniem pomagającym poznawać samego siebie i świat wokół. Bez pisania moje postrzeganie świata byłoby uboższe, wgląd w samego siebie też byłby o wiele płytszy. Może nie nazwałbym tego psychoterapią, ale na pewno jest to wycieczka do własnego wnętrza i znajduję tam rzeczy, o których kompletnie nie wiedziałem, że tam są.

Krążą legendy o tym, jak tworzą pisarze, jedni od bladego świtu do jedenastej, inni tylko w gabinecie. Ty mówisz, że piszesz zawsze i wszędzie.
Tak, piszę kiedy tylko mam czas, każdego dnia staram się coś napisać, jak tylko mam chwilę. Dużo podróżuję pociągami, wówczas piszę. Czasem między pacjentami. Wiem, że kiedy będę czekał na odpowiedni moment, to nigdy nie będę miał czasu na pisanie. Muszę się przecież zająć także domem i najbliższymi - to są najważniejsze sprawy, bo jeżeli na poziomie osobistym, międzyludzkim, rodzinnym coś zepsuję i przegram, to wszystko przegram. Pisanie i praca ta są ważne rzeczy, ale one są w drugiej kolejności po mojej rodzinie.

Domyślam się, że bycie weterynarzem to też praca, która mocno absorbuje i nie jest to rodzaj zajęcia, które można zostawić w do następnego dnia.
Tak, wiem z własnego doświadczenia i od znajomych, że to nie jest tak, że odwieszam fartuch i idę do domu. Nawet, jeśli nie muszę już wykonywać swojego zawodu poza przychodnią, to ta praca pozostaje w głowie. Najbardziej przykra rzecz w moim zawodzie, to jest nieuświadomienie sobie, jak dużo zaangażowania ten zawód wymaga i ile zmagań z ludźmi oznacza, a weterynarię często wybierają osoby, które chcą uniknąć kontaktu z ludźmi. Czasem trzeba się mierzyć z zupełnym brakiem zaangażowania człowieka we własne zwierzę. Kilkakrotnie łapałem się na tym, że mnie bardziej zależy na zwierzęciu niż jego właścicielowi. To są sprawy, z którymi spotykamy się na co dzień. Pisanie pozwala mi zyskać równowagę i spojrzeć z perspektywy na ten zawód. Z drugiej strony, weterynaria pomaga mi bardziej zakotwiczyć się w tym realnym świecie i nie odlecieć. Nie mam zamiaru porzucać swojej pracy w zawodzie, choć zgranie jednego i drugiego jest trudne i wymaga bardzo dobrej logistyki.

Przybyło ci pacjentów po Nike?
Zawsze miałem pełny grafik więc nie zauważyłem. Kilka razy miałem taką sytuację, jeszcze przed nagrodą, że ktoś wiedząc, że piszę, przychodził pod pretekstem wizyty ze zwierzątkiem, żeby sobie na mnie popatrzeć. Mam wrażenie, że wychodził bardzo rozczarowany, bo ja nie mówię wówczas nic elokwentnego, nie tryskam bon motami. Kiedy mam na sobie fartuch, jestem w zupełnie innej roli i niezręcznie się czuję, kiedy jestem w pracy zagadywany o sprawy, które się nie wiążą z weterynarią. Zwłaszcza, że w moja praca jest naprawdę absorbująca i każdego dnia dzieją się rzeczy niespodziewane, moje myślenie jest wówczas przełączone na inne tory. Bardzo wiele osób, które przychodziło do mnie do tej pory, gratulowało mi, przynosiło książki do podpisania i to było bardzo miłe, ale pierwsze skrzypce w tych sytuacjach odgrywał pacjent nie ja i tak powinno być.

Czy jest coś takiego, co, korzystając z okazji, chciałbyś powiedzieć jako weterynarz, nam, właścicielom domowych zwierząt?
Tak. Jest jedna, bardzo ważna rzecz, o której zapominamy - próbujemy na siłę uczłowieczyć zwierzę, zrobić z niego coś, co będzie w naszym domu ozdobą. I potem przychodzi do mnie pani, która myślała, że kot będzie puchatym zwierzątkiem, które będzie jej mruczało leżąc na kolanach, a tymczasem on drapie meble więc ona prosi, żeby mu obciąć palce, bo słyszała, że w Ameryce tak robią... Będzie to truizm, ale trzeba o tym wciąż przypominać, że zwierzę to nie jest zabawka, ma swoje potrzeby, które powinny być zaspokojone. Kiedy właściciel przychodzi zaniepokojony jakimiś niewłaściwymi zachowaniami zwierzaka, to ten „problem” jest zazwyczaj czubkiem góry lodowej.

Trudne jest przetłumaczenie właścicielowi, że to nie jest kwestia podania jednego zastrzyku, żeby kot przestał sikać tam, gdzie nie trzeba, bo tak naprawdę to oznacza, że ten kot ma w swoim życiu bardzo głęboki problem, którego nie jest w stanie rozwiązać. A jeśli kot ma problem i właściciel ma problem, to znaczy, że wszyscy w domu mają problem i w efekcie relacja miedzy człowiekiem i zwierzęciem nie wygląda tak jak trzeba. Pamiętajmy, jakie potrzeby mają zwierzęta i jeśli nie jesteśmy w stanie ich zaspokoić, to nie decydujmy się na zwierzę albo decydujmy się na takie, które będzie zaspokajać nasze potrzeby. Jeśli ktoś jest zapracowany, to może lepiej żeby zamiast Border Colli kupił żółwia, wcześniej dowiedziawszy się, czego ten żółw potrzebuje i jakie powinien mieć warunki. Rozminięcie rzeczywistości z oczekiwaniami może prowadzić do wielu przykrych sytuacji.

Podobno w twoim domu mieszkają bardzo nietypowe zwierzątka…
W tym momencie nie mam żadnego „standardowego” zwierzątka. Jakiś czas temu musiałem się pożegnać ze swoim psem i uważam, że to jeszcze nie jest odpowiedni moment, żeby mieć jakieś zwierzę, ale też zawód, który wykonują jest na tyle absorbujący, że trudno jest poświecić czas zwierzęciu tak, żeby ono nie zostało samo sobie. Ale są pająki i motyle. Pająki, oczywiście, każdy ma, ale kiedy kilka lat temu przeprowadziłem się do mieszkania, w którym teraz mieszkamy z żoną, pojawiły się w łazience dziwne pękate pająki, które wyrzucałem. Wyglądały niepokojąco, kiedy pierwszy raz zobaczyłem takiego pająka, zastanawiałem się, skąd się tu wzięła czarna wdowa…

Potem okazało się, że to są zyzusie tłuściochy, które należą do rodziny omatnikowatych, czyli są kuzynami czarnych wdów, ale nie są dla człowieka specjalnie niebezpieczne. Kiedy samce wyruszają na poszukiwanie pani zyzusiowej, śpiewają, tzn. wydają dźwięki o częstotliwości 1000 Hz, które są słyszalne dla ludzkiego ucha. Czasem słyszałem taki dziwny dźwięk w łazience. Zyzusie budzą mój ogromny sentyment. Natomiast moja żona przepoczwarcza gąsienice - zbiera je, daje im roślinki, które lubią, mogą się przepoczwarczyć i potem są wypuszczane. Obserwowanie tego procesu przepoczwarzania jest czymś absolutnie fascynującym, to niemal mistyczne doświadczenie. Jest jedno zwierzątko, niewyględne, które się odżywia, wygląda i zachowuje w pewien określony sposób. Potem ma formę przejściową, gdzie to życie właściwie zamiera, tzn. poczwarka jest taką formą białkową, w której zostają jedynie szczątki układu nerwowego, z tego buduje się zupełnie nowe stworzenie.

Od sześciu lat mieszkasz w Krakowie, masz jakieś szczególnie bliskie ci miejsca w mieście?
Oprócz mojego domu, w którym czuję się najbardziej u siebie i nie lubię się z niego ruszać jak nie muszę, to jest krakowska Czajownia przy ul. Józefa na Kazimierzu. To było pierwsze miejsce w Krakowie, gdzie poczułem się spokojny i wyciszony, jest w pół drogi między knajpą a świątynią. Lubię tam chodzić dla atmosfery. Drugim miejscem jest Ogród Botaniczny, to miejsce w pobliżu domu, gdzie mogę się wyciszyć i w spokoju pisać. W jednym ze stawków żyją traszki, jeśli chodzi się do Ogrodu wystarczająco często, można obserwować, jak się przeobrażają. Lubię się im przypatrywać.

Zapytam jeszcze o serce węża. Tytułowe wężowe serce w „Baśni” daje wielką moc. Czym ono jest?
Odpowiem tak: do wężowego serca wnosimy to, co mamy w swoim własnym sercu. Jeśli niczego w nim nie mamy albo idziemy bez serca, po to, żeby to serce zdobyć, to odnajdujemy tylko pustkę. Tak, jak we wszystkich baśniach: otrzymujemy tylko to, co sami dajemy i znajdujemy to, co sami przynieśliśmy, tylko zwielokrotnione. To zawsze historia o nas.

Wideo

Materiał oryginalny: Opowieść krakowskiego weterynarza o Robin Hoodzie z Galicji. Rozmowa z Radkiem Rakiem, autorem "Baśni o wężowym sercu" - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie