Wisła Kraków. Dawid Szot: Gdy inne zespoły siadają fizycznie, my wrzucamy piąty bieg

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
Dawid Szot wrócił w meczu ze Stalą Mielec do gry po pięciu kolejkach przerwy
Dawid Szot wrócił w meczu ze Stalą Mielec do gry po pięciu kolejkach przerwy Anna Kaczmarz
- Sam czuję po sobie, że choć pauzowałem cztery tygodnie, to niewiele straciłem pod względem przygotowania fizycznego. Czuję się bardzo dobrze. Pracowaliśmy w okresie przygotowawczym bardzo ciężko, ale naprawdę zbieramy teraz tego efekty - mówi piłkarz Wisły Kraków Dawid Szot.

WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"

- Odetchnął pan z ulgą, że mógł w niedzielę wrócić do gry po kilku tygodniach przerwy?
- Zdecydowanie. Niby to było okres tylko czterech tygodni przerwy, ale dla mnie to były aż cztery tygodnie. W ogóle do tej kontuzji doszło w bardzo pechowy sposób przed meczem z Pogonią Szczecin, gdy zderzyłem się z Jeanem Carlosem Silvą na treningu. Po rezonansie okazało się, że miałem problem z więzadłami pobocznymi w kolanie. Trzeba się było zatem pomęczyć przez kilka tygodni i popracować mocno indywidualnie. A taka praca bardzo różni się od tego, co robi piłkarz, gdy jest w pełni zdrowy. Kontuzjowany zawodnik przychodzi do klubu najwcześniej, a wychodzi najpóźniej. Miałem zajęcia z fizjoterapeutami, na siłowni. To była naprawdę ciężka praca. Najważniejsze jednak, że już jest wszystko w porządku i mogłem wrócić do gry.

- Szczęście w nieszczęściu, że nie doszło do zerwania…
- To akurat prawda. Tym bardziej, że pierwsze diagnozy, jeszcze przed rezonansem, nie były dla mnie optymistyczne. Było podejrzenie, że może być nawet uszkodzona łąkotka, że więzadła mogą być zerwane. Gdyby tak rzeczywiście było, miałbym pewnie z pół roku przerwy w najlepszym wypadku. To rzeczywiście byłby o wiele większy problem. Z tej perspektywy patrząc, można powiedzieć, że ta moja kontuzja to była taka normalna dla piłkarza sprawa, która czasami się zdarza.

- Mówi pan, że dużo czasu spędzał pan w klubie na rehabilitacji. Zatęsknił pan za ciężką pracą u trenera Petera Hyballi?
- Oj, tak! Zdecydowanie! Pierwsze dni po kontuzji miałem jeszcze luźne, trochę odpoczynku, trochę jazdy na rowerku. Ale przyszły kolejne dni i jak patrzyłem na chłopaków, jak ubierają się i wychodzą na trening, to aż mnie coś skręcało w środku. Mogłem sobie tylko przez okno popatrzeć, jak biegają po boisku, a sam musiałem spędzać czas w siłowni. W takich momentach trzeba być cierpliwym, bo z jednej strony człowiek już chciałby wyjść na boisko, już dołączyć do treningów, a z drugiej nie można niczego przyspieszać, bo można sobie zrobić jeszcze większą krzywdę. Gdy w końcu mogłem wyjść na normalny trening, to była dla mnie wielka radość. A jak w niedzielę trener dał mi szansę gry w meczu, to już w ogóle byłym cały szczęśliwy.

- Wrócił pan na mecz ze Stalą Mielec, który wygraliście 3:1 i praktycznie zapewniliście sobie utrzymanie w ekstraklasie. Nie było jednak tak do końca „różowo”, skoro m.in. po pańskim błędzie rywale strzelili bramkę. Trzeba sobie wprost powiedzieć, że „stracił pan z radarów” Grzegorza Tomasiewicza, który trafił do siatki.
- Straciłem, ale zacznę może od tego, że bardzo się cieszymy, że drugi już raz w krótkim czasie udało nam się odwrócić losy meczu, który przegrywaliśmy. Tak samo było przecież w Płocku. To jest dobra z naszej strony przemiana, bo wcześniej bywało tak, że prowadziliśmy w kilku meczach, a jednak schodziliśmy z boiska bez punktów. To zwycięstwo ze Stalą rzeczywiście daje nam spory oddech w tabeli. A co do straconej bramki, to wydaje mi się, że był w tej sytuacji cały splot zdarzeń, naszych błędów, które do tego doprowadziły. Ja sam miałem Tomasiewicza początkowo pod kontrolą, ale muszę się przyznać, że chyba trochę zlekceważyłem zagrożenie albo źle zareagowałem. Nie spodziewałem się, że piłka w ogóle przejdzie, bo był tam z prawej strony przecież tylko Granlund, nas trzech, czterech plus bramkarz. A jednak jakoś przeleciała, a Tomasiewicz, choć nie jest napastnikiem, to zmylił mnie jak rasowy snajper. Pobiegł do przodu, później obiegł mnie za plecami i zanim się zorientowałem, to już strzelał do pustej bramki. Cóż, stało się i chciałbym przede wszystkim z tej sytuacji wyciągnąć naukę, żeby w przyszłości nie popełniać tego typu błędów.

- Wspomniał pan o meczu w Płocku. W spotkaniu ze Stalą scenariusz był podobny. Warto zatem postawić pytanie, czy wy musicie dostać takiego piłkarskiego „dzwona”, żeby się obudzić?
- Coś w tym jest, że po stracie bramek zaczęliśmy grać lepiej w tych meczach, ale jest też druga strona medalu. Proszę sobie przypomnieć, jak wyglądaliśmy na początku sezonu, gdy traciliśmy gola. Wtedy takie sytuacje w większości meczów podcinały nam skrzydła i ciężko było wrócić do równowagi. Teraz strata gola działa na nas pobudzająco. Pół żartem, pół serio można powiedzieć, że w każdym meczu przyjęlibyśmy taki scenariusz, że tracimy gola, a później sami strzelamy trzy. Mówiąc jednak poważnie, wolelibyśmy grać bez strat własnych. Musimy po prostu bardziej pilnować się w obronie, a w ataku robić swoje.

- Wspomniał pan już o meczach, w których jesienią przegrywaliście, choć jako pierwsi strzelaliście gola. Teraz jest przeważnie na odwrót. Z czego to wynika pańskim zdaniem?
- Z przygotowania fizycznego. Sam czuję po sobie, że choć pauzowałem cztery tygodnie, to niewiele straciłem w tym względzie. Czuję się bardzo dobrze. Pracowaliśmy w okresie przygotowawczym bardzo ciężko, ale naprawdę zbieramy teraz tego efekty. Na początku sezonu dobrze wyglądaliśmy do 70 minuty, potrafiliśmy grać ładnie dla oka, nawet prowadzić, a później przeciwnicy i tak „przepychali” wygraną. Teraz jest na odwrót. Gdy inne zespoły siadają fizycznie w końcówkach, my wrzucamy piąty bieg. Może nie jest to zawsze efektowne, ale skuteczne.

- Chce pan powiedzieć, że potwierdzają się słowa Petera Hyballi, który obiecał wam na początku waszej współpracy, że tak was przygotuje, że będziecie fizycznie niszczyć rywali w tej lidze?
- Dużo jest w tym prawdy. Trener zapowiedział nam na początku, że będziemy bardzo ciężko pracować. I to się potwierdziło. Harowaliśmy na całego, ale naprawdę czujemy teraz, że to przyniosło efekty. Te nasze końcówki meczów nie są absolutnie dziełem przypadku.

- Skoro już wiadomo, że praktycznie utrzymaliście się w ekstraklasie, to o co Wisła będzie grać do końca sezonu?
- Rozmawiałem na ten temat ostatnio z rodzicami. Analizowaliśmy tabelę i wyszło, że mamy tylko pięć punktów straty do czwartej obecnie Lechii. Jeśli Raków Częstochowa zdobędzie Puchar Polski, to czwarta lokata da europejskie puchary. Tak, wiem, że to są odważne deklaracje, ale dlaczego nie mamy wyznaczyć sobie tak ambitnego celu. Moim zdaniem takie podejście, że tylko tak sobie gramy z meczu na mecz jest może nie do końca demotywujące, ale pokusiłbym się o nieco inne podejście. Oczywiście nie jest powiedziane, że uda nam się wywalczyć to czwarte miejsce, ale powalczyć o to warto, a co nam życie przyniesie, zobaczymy.

Tokio Raport - rozmowa z Lucyną Kornobys

Wideo

Materiał oryginalny: Wisła Kraków. Dawid Szot: Gdy inne zespoły siadają fizycznie, my wrzucamy piąty bieg - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie