Trzy spotkania ze śmiercią, czyli jak miły emeryt zabił przechodnia

Artur Drożdżak
Artur Drożdżak
Oskarżony Józef S. doprowadzony w konwoju policji na proces przed Sądem Okręgowym w Tarnowie
Oskarżony Józef S. doprowadzony w konwoju policji na proces przed Sądem Okręgowym w Tarnowie Robert Gąsiorek
Niekarany, uczynny Józef S. z nieznanych przyczyn uśmiercił przypadkowego przechodnia. Teraz los emeryta przypieczętował Sąd Apelacyjny w Krakowie. Gdy mężczyzna wyjdzie na wolność, będzie miał 80 lat. Oto kulisy zbrodni w Dąbrowie Tarnowskiej.

FLESZ - Kolejne środowiska popierają protestujących

Można metaforycznie powiedzieć, że tamtego majowego wieczoru - ostatniego w 40-letnim życiu Mariusza - mężczyznę w centrum Dąbrowy Tarnowskiej w ciągu dziesięciu minut śmierć spotkała trzy razy.

Trzy spotkania ze śmiercią

Pierwszy raz natknął się na nią około godziny 21.35. Śmierć podążała za nim kilka kroków, bo tak jak i on, wędrowała od Rynku przez przejście dla pieszych na drodze krajowej nr 73. Potem poszła w swoją stronę, czyli w kierunku ulicy Zaręby.
Mariusz nie miał pojęcia, że śmierć depcze mu po piętach i zaraz potem spotkał ją drugi raz - gdy nieoczekiwanie postanowił jednak wrócić w stronę Rynku. Zrobił zwrot o 180 stopni i minął wtedy śmierć, po czym ponownie przekroczył przejście dla pieszych na ruchliwej trasie Tarnów - Kielce.

Chwiał się i kołysał na boki, co nie może dziwić, gdy się ma we krwi 3,7 promila alkoholu. Decyzję, gdzie iść i co robić, podejmuje się w takim stanie niezbyt racjonalnie.
Po raz kolejny więc tego wieczoru Mariusz postanowił przekroczyć przejście dla pieszych i znów skierował się w ul. Zaręby. Kamera monitoringu uchwyciła go wtedy po raz ostatni żywego. Była 21.41.
Chwilę później doszło do trzeciego już spotkania ze śmiercią. Dla Mariusza N. - ostatecznego.

Skromny, uczciwy zabójca

Śmierć tego wieczoru przybrała postać Józefa S., lat 68, skromnego, uczciwego emeryta, który nigdy w życiu nie był karany. 25 lat ciężko przepracował na kontraktach w Czechach, dorobił się godziwego majątku, czwórki dzieci i srebrnego medalu „Za Zasługi dla Obronności Kraju”, który w 2008 roku wręczono mu w starostwie powiatowym - tak uhonorował mężczyznę i kilka innych osób z gminy sam Minister Obrony Narodowej.

W pracy Józef S. przeżył raz ciężki wypadek i po wybuchu nieco stracił słuch. W życiu rodzinnym 10 lat wcześniej mocno wstrząsnęła nim tajemnicza śmierć syna, który zginął w niejasnych okolicznościach. Józef S. nigdy się po tym nie otrząsnął.
Na co dzień cieszył się z rodziny i emerytury, zdarzało mu się zaglądać do kieliszka i tak się też stało tamtego fatalnego (dla niego również) wieczoru 19 maja ubiegłego roku.
Od rana wypił: dwie butelki wódki, piwo, a wieczorem z kumplem Janem B. wybrał się do Baru 55, gdzie sączył drinki. Raz spadł ze stołka, ale szybko się pozbierał i razem z kolegą ruszyli do domu.

Coś tu się stanie

Po wyjściu z baru koledzy szli początkowo razem. Przed przejściem dla pieszych dogonili Mariusza. Jan B. skręcił wtedy w boczną uliczkę, a Józef S. poszedł ulicą Zaręby.

Z naprzeciwka zmierzała w jego kierunku młoda dziewczyna. Katarzyna K. miała słuchawki na uszach, ale zdjęła je z jednego ucha, bo idący w jej kierunku Józef S. coś mamrotał. Zapamiętała, że rzucił na głos: coś strasznego tu się stanie. Zignorowała to stwierdzenie i nałożyła słuchawkę. Wryło się jej w pamięć, że mężczyzna jedną ręką gestykulował, a drugą skrywał w kieszeni - być może coś w niej trzymał, ale nie widziała co.
Minutę później na ul. Zaręby skrzyżowały się losy Józefa S. i Mariusza. Emeryt z nieustalonych powodów zadał mu dwa ciosy w klatkę piersiową rozkładanym scyzorykiem.

Po ataku Józef S. oddalił się w głąb ulicy, widziało go jeszcze potem dwoje świadków. Młodzi ludzie dostrzegli, że coś do siebie mówił, szedł chwiejnym krokiem, a w ręce miał przedmiot przypominający nóż. Po chwili do mężczyzny podeszła córka, która poszukiwała go od kilku chwil i odprowadziła do domu.
Zwłoki Mariusza N. po godz. 22 zauważył pracownik pobliskiej pizzerii.
Na sekcji zwłok okazało się, że miał od ostrza dwie dziury w ciele - jeden cios przeciął tętnicę podobojczykową i to uderzenie okazało się śmiertelne.

Za błędy się płaci

Józef S. następnego dnia, w poniedziałek, od córki dowiedział się o zabójstwie w centrum miasteczka. Obejrzał wtedy swoje ubranie i scyzoryk, ale nie zauważył śladów krwi.
We wtorek zajrzał do ulubionego Baru 55. Barmanowi rzucił od niechcenia: Długo się nie zobaczymy, popełniłem błąd, a za błędy się płaci.

To jedno zdanie pomogło policji w ustaleniu sprawcy zbrodni. Józef S. został zatrzymany tydzień po zabójstwie.
Płakał podczas rozmowy z policjantem, mówił nieskładnie i przekonywał, że nie zrobił nic złego. Twierdził, że jakaś „jasna postać” uderzyła go w głowę, upadł na ziemię, podniósł się i zadał dwa ciosy. - Ale nie wiem komu - mówił.
Nóż w kieszeni znalazł się przez przypadek. Dzień wcześniej pomagał nim sobie przy sadzeniu pomidorów. - To był składany nóż z kompasem. Nie brałem go celowo - przekonywał. Twierdził, że do czasu zatrzymania nie miał świadomości, że dokonał zabójstwa, bo inaczej sam zgłosiłby się na policję wcześniej.

Ofiara prowokowała?

Z nagrania monitoringu wynika, że w pewnej chwili Mariusz N. zaczął anormalnie gestykulować. Można snuć przypuszczenia, że podczas drugiego spotkania panów doszło do słownej konfrontacji lub nawet naruszenia nietykalności cielesnej przez pokrzywdzonego.

Mariusz N. to osoba wielokrotnie karana, a pod wpływem alkoholu - zaczepna i prowokacyjna. Być może coś mu się wyrwało z ust, gdy mijał Józefa S.

Prawdy nie poznamy, bo sam oskarżony o tym nie wspomina. Sąd jednak zauważył, że panowie jakby dążyli do kolejnego, trzeciego już tego wieczoru spotkania, ale co było tego powodem - nie udało się ustalić.

Sąd Okręgowy w Tarnowie skazał Józefa S. na 12 lat więzienia i nakazał mu zapłatę 10 tys. zł zadośćuczynienia matce pokrzywdzonego. Uznał, że oskarżony chciał zabić, działał z zamiarem bezpośrednim. Zdaniem sądu, pod wpływem alkoholu Józef S. jest osobą niebezpieczną. Świadczy o tym łatwość, z jaką podjął decyzję o zadaniu ciosów nożem.
Dawid Gąsawski, obrońca oskarżonego, w złożonej apelacji domagał się uniewinnienia klienta lub uznania, że działał w obronie koniecznej i być może przekroczył jej granice. Emeryt nie miał motywu, by zabić nieznajomego człowieka. To pokrzywdzony Mariusz N. miewał konflikty z prawem i bywał agresywny. Dlatego kara dla Józefa S. jest rażąco surowa - to dobry mąż i ojciec, osoba starsza, która ma nadzieję dokonać życia nie w więzieniu, ale wśród bliskich.
Prokurator Anna Pałka wnosiła o podwyższenie wymiaru kary do 25 lat więzienia. Kwestionowała przyznanie się do winy i skruchę oskarżonego. Wskazywała, że każdy mógł być na miejscu Mariusza N.

Sąd Apelacyjny w Krakowie utrzymał wyrok w mocy. Sędzia Barbara Seremet-Polańska mówiła, że żadna z apelacji nie zasługuje na uwzględnienie, a kara dla oskarżonego jest zasadna i sprawiedliwa.

- Nie jest prawdą, że każdy mógł być na miejscu pokrzywdzonego. Józef S. minął Katarzynę K. i nie zrobił jej krzywdy. Poszukiwał Mariusza N. Musiało chwilę wcześniej, podczas drugiego ich spotkania, dojść do jakiegoś spięcia. I w gniewie oskarżony postanowił pozbawić życia pokrzywdzonego. I tylko jego - mówiła sędzia.
Wyrok jest prawomocny.

Wideo

Materiał oryginalny: Trzy spotkania ze śmiercią, czyli jak miły emeryt zabił przechodnia - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie