Tomasz Jurkiewicz: „Małe ojczyzny” rzadko trafiają na ekran

Paweł Gzyl
Paweł Gzyl
Tomasz Jurkiewicz (z prawej) podczas prac nad filmem "Każdy ma swoje lato" w podkrakowskiej Trzebini
Tomasz Jurkiewicz (z prawej) podczas prac nad filmem "Każdy ma swoje lato" w podkrakowskiej Trzebini Bartłomiej Jaśko/Jaśkowa Galeria
12 marca swoją premierę będzie miał film „Każdy ma swoje lato”, zrealizowany w Trzebini przez pochodzące z tego miasta Tomasza Jurkiewicza. Rozmawialiśmy z reżyserem o jego dziele.

FLESZ - Jak się uchronić przed cyberpandemią

- Jest pan uznanym twórcą filmów dokumentalnych oraz krótkometrażowych. Co sprawiło, że postanowił pan nakręcić pełnometrażową fabułę?
- Każdy reżyser dąży do zrobienia swojego pierwszego filmu fabularnego. To jest rodzaj twórczego sprawdzianu. Tak też było w moim przypadku. Różnie się do tego debiutu dochodzi – jedni szybko, drudzy wolniej. Ja systematycznie robiłem coraz dłuższe filmy. Obrałem metodę krok po kroku.

- Trudno w Polsce zebrać fundusze na debiut?
- Tak. Konkurencja jest duża: co roku szkoły filmowe kończy około 50 absolwentów reżyserii. A debiutów produkuje się w Polsce może 10 lub 12. Ja starałem się zebrać środki od 2013 roku. Z pomocą przyszedł mi program „Produkcja filmów mikrobudżetowych”, skierowany do debiutantów. Polega on na tym, że trzeba zrobić film za niecałe 700 tys. zł. Tymczasem przeciętny koszt debiutu to ok. 2-3 miliony złotych. Nie ma więc wielu aplikujących.

- Skąd pomysł na „Każdy ma swoje lato” – nostalgiczną opowieść o rodzinie z małego miasteczka?
- Ten pomysł dosyć długo się klarował. W końcu wraz ze scenarzystą Piotrem Januszem postanowiliśmy opowiedzieć o rodzinie, w której nic się nie układa i każdy z jej członków jest osobną planetą, nie ma między nimi wspólnego języka. Nagle coś się wydarza – i ta rodzina z powrotem się jednoczy. Trochę sobie to wymyśliłem, trochę zaobserwowałem w rzeczywistości. Uznałem, że to uniwersalny temat, który zainteresuje każdego człowieka, bo przecież każdy z nas ma rodzinę.

- Ta opowieść łączy sceny humorystyczne ze smutnymi. Co pana skłoniło do stworzenia takiego kontrastu?
- Większość polskich filmów jest bardzo smutnych. Mrocznych, depresyjnych. A ja chciałem stworzyć taką historię, w której żaden bohater by nie umarł. Żeby były w niej momenty śmieszne. Do tego, żeby całość była lekko opowiedziana i dawała widzowi na koniec nadzieję. Żeby nie zostawiać go z taką konkluzją, że jedyne co można zrobić, to iść do monopolowego lub podciąć sobie żyły. Zamiast tego – żeby widz wyszedł z kina z poczuciem, że choć czasem jest źle, w życiu są też piękne chwile.

- Dlaczego zdecydował się pan kręcić w podkrakowskiej Trzebini?
- Ja pochodzę z Trzebini, mieszkałem tam 30 lat. Tam są moje korzenie. Kiedy czasem włóczyłem się po mieście, odnajdywałem takie miejsca, które wydawały mi się filmowe. W polskim kinie najczęściej oglądamy Warszawę. Takie „małe ojczyzny” rzadko trafiają na ekran, są więc jeszcze nieograne. Kiedy zaprosiłem do Trzebini autorkę zdjęć Weronikę Bilską, ta zgodziła się, że to miasto filmowe.

- I jak się panu pracowało w rodzinnym miasteczku?
- Mam w Trzebini rodzinę i często tam wracam. Prowadziłem też warsztaty filmowe dla młodzieży i seniorów. Dlatego cały czas mam kontakt z miastem. Patrzyłem też jak się zmienia, bo dzisiaj jest inne niż za mojego dzieciństwa. Czułem się tam jednak jak w domu. Miałem niski budżet – i pomoc lokalnej społeczności była dla mnie bardzo cenna. Kiedy okazało się, że nie mam pieniędzy na zapłacenie statystom, mieszkańcy powiedzieli, że zagrają za darmo, bo nie robią tego dla zarobku, tylko po to, by pomóc nam w realizacji filmu i przeżyć swoją przygodę. Często ludzie udostępniali nam lokacje za symboliczne stawki lub całkiem za darmo. Tak było chociażby w trzebińskim Intermarche czy w prywatnym domu blisko Elektrowni.

- „Każdy ma swoje lato” to opowieść autobiograficzna?
- Główny bohater Mirek to nie ja. Nie miałem takich przeżyć jak on, jego rodzina jest zupełnie inna niż moja. Jest to jednak kino autorskie – i utożsamiam się z większością głównych bohaterów. W każdym z nich jest jakieś 20 procent moich przeżyć czy przemyśleń o świecie.

- Film opowiada o walce tradycji z nowoczesnością. Unika pan jednak opowiedzenia się po którejś z tych stron.
- Zawsze będzie tradycja i nowoczesność – i zawsze będą jakieś konflikty na tym tle. Ten film powstał po to, by pokazać obie te strony. W naszych sporach często demonizujemy tych, którzy myślą inaczej niż my. Uważamy, że nasi przeciwnicy są gorsi i nie powinni mieć prawa głosu. Prawda jest jednak taka, że każdy ma swoje racje. Kiedy sobie to uświadomimy, łatwiej jest nam się porozumieć. Dlatego chciałem pokazać, jak główne bohaterki, które są z zupełnie innych światów i zachowują się wobec siebie wrogo, pod koniec filmu spoglądają na siebie nawzajem jak na normalnych ludzi, którzy mają swoje słabości, ale też zalety.

- Jak się panu pracowało z młodymi aktorami?
- Choć na festiwalu w Gdyni została wyróżniona Sandra Drzymalska, tak naprawdę to jest film zespołowy. Nie ma osoby, która bardzo się wybija, bo wszyscy grają dobrze. Zarówno młodzi, jak i starzy. Dlatego jestem bardzo zadowolony ze swojej obsady, aktorzy stworzyli świetny zespół. Sandra dostała nagrodę, ale zasługują na nią również Anita Poddębniak, Maciej Grzybowski czy Nikolas Przygoda.

- Ile ze swoich dokumentalnych doświadczeń wykorzystał pan przy realizacji filmu?
- Język kina dokumentalnego, był wytrychem do opowiedzenia tej historii. Dokument posługuje się znacznie prostszymi środkami niż fabuła. Zdjęcia ograniczyliśmy tylko do tych ze statywu lub z ręki, nie było nas stać na żadne realizacyjne błyskotki. To było po prostu ekonomiczne. Dzięki temu udało nam się znaleźć w aktorach normalne, ludzkie odruchy, jakie tkwią zazwyczaj w bohaterach filmu dokumentalnego.

- Kiedy możemy się spodziewać pana drugiego filmu fabularnego?
- Już jestem po zdjęciach do drugiego filmu. Kręciliśmy w wakacje na Śląsku. „Skarbek” to kino familijne z elementami grozy i komedii. Historia bardzo mocno zakorzeniona w śląskich legendach o demonach. Głównym bohaterem filmu jest dziesięcioletni Janek, którego siostra została porwana przez wodnego potwora Utopca – i on musi ją odzyskać.

Wideo

Materiał oryginalny: Tomasz Jurkiewicz: „Małe ojczyzny” rzadko trafiają na ekran - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie