To nie jest film o chorobie, tylko o miłości - wywiad z Arturem Więckiem, reżyserem filmu "Prawdziwe życie aniołów"

Paweł Gzyl
Paweł Gzyl
Rola w filmie "Prawdziwie życie aniołów" to pierwszy występ filmowy Krzysztofa Globisza, od czasu kiedy doznał udaru mózgu w 2014 roku
Rola w filmie "Prawdziwie życie aniołów" to pierwszy występ filmowy Krzysztofa Globisza, od czasu kiedy doznał udaru mózgu w 2014 roku Materiały prasowe
Zakończyły się zdjęcia do nowego filmu z Krzysztofem Globiszem – „Prawdziwe życie aniołów”. Rozmawialiśmy z jego reżyserem – Arturem Więckiem.

FLESZ - Maseczki w miejscu pracy? To pracodawca decyduje

- Jak narodził się pomysł na realizację „Prawdziwego życia aniołów”?
- Myśmy zrobili wcześniej kilka filmów z Krzysztofem – „Anioła w Krakowie”, „Zakochanego anioła” czy „Wszystkie kobiety Mateusza”. Pracowaliśmy też wspólnie w telewizji i w teatrze. W tych produkcjach zawsze kręciliśmy się wokół pytań o sens życia. Było to jednak robione z przymrużeniem oka, w komediowym stylu. I kiedy stało się to, co się stało z Krzysztofem, pomyśleliśmy że trzeba odpowiedzieć na to pytanie bardziej na serio. Bo łatwo jest być zadowolonym z życia, kiedy jest się zdrowym i wszystko się układa. Ale jak mieć poczucie sensu, kiedy jest się poważnie chorym i pojawia się nieszczęście? Wtedy zobaczyłem Krzysztofa na scenie w spektaklu „Wieloryb. The Globe”. I pomyślałem, że to jest odpowiedź na tamto pytanie. To było coś więcej niż rola aktorska. Stwierdziłem, że skoro Krzysztof nadal może grać i wypełnia scenę sobą przez dwie godziny, to trzeba wrócić do pytań zadawanych kiedyś żartobliwie, na sposób głębszy.

- Czyli „Prawdziwe życie aniołów” jest kontynuacją „Anioła w Krakowie” i „Zakochanego anioła”?
- To nie jest kontynuacja w sensie stricte. Od tamtych filmów minęło już kilkanaście lat. Nie wszyscy je więc dzisiaj znają. Byłoby więc idiotyczne, żeby do nich wprost nawiązywać czy kontynuować tamte historie. Ale w jakimś sensie mrugamy do nich okiem. W „Prawdziwym życiu aniołów” umieściliśmy po jednej scenie z każdego z tamtych filmów. To tylko jednak stylistyczne nawiązania. Jeśli ktoś nie oglądał „Anioła w Krakowie” czy „Zakochanego anioła”, nie będzie miał problemów z wejściem w naszą nową historię. Odwołujemy się tu jedynie jakąś energią, aurą, sposobem patrzenia na świat, stylem gry aktorskiej. Mrugamy też okiem w sensie tytułu. W tych dwóch pierwszych filmach opowiadaliśmy historię anioła na Ziemi z humorem i dystansem. A dzisiaj – pokazujemy zgodnie z tytułem prawdziwe życie aniołów. Tamto było trochę fabularne i wymyślone, a tu wchodzimy w prawdę.

- Jak Krzysztof Globisz zareagował na pomysł realizacji tego filmu?
- Entuzjastycznie. Natomiast większe obawy miała jego żona Agnieszka. Bo to jest film poświęcony w równym stopniu Krzysztofowi co Agnieszce. To są równoległe postaci. Ona nam opowiadała różne zdarzenia związane z wylewem Krzysztofa, przywoływała różne wypowiedzi lekarzy i pielęgniarek – i wszystko to znalazło się w scenariuszu. Zobaczyć siebie na ekranie i przeżyć te traumatyczne wydarzenia jeszcze raz – to nie jest proste. Stąd jej wątpliwości. Dlatego Agnieszka, która była na planie, wiele rzeczy nie mogła oglądać, wychodziła wręcz popłakana. Choćby wtedy, kiedy Krzysztof odgrywał to, jak dostaje udaru i próbuje do niej zadzwonić. To nie są rzeczy łatwe. Całe szczęście Agnieszka miała do nas duże zaufanie i mogła nam zawierzyć.

- Gdzie będzie w tym filmie przebiegać granicę między tym, co się zdarzyło naprawdę a fabularną fikcją?
- To forma ją wyznacza. Ewidentnie będzie widać na ekranie, kiedy jest historia bliższa dokumentowi, a kiedy fikcja. Ale to jest fajne, że te dwie sfery się mieszają. Bo to nie jest historia Krzysztofa i Agnieszki jeden do jednego. Ona jest przetworzona na potrzeby dramaturgii. My się tylko inspirujemy autentycznymi wydarzeniami. Szczególnie daleko odchodzimy od dokumentu w tych momentach, kiedy oddalamy się od tematu choroby. Udar Krzysztofa jest bowiem tylko jednym z elementów tego filmu.

- Jak pracowało się z Krzysztofem Globiszem na planie?
- Ja się bardzo tego obawiałem, ale okazało się, że to była fantastyczna praca. On wie wszystko. Zachowuje się przed kamerą lepiej niż młodzi ludzie po studiach. Wie, gdzie kamera stoi, wie co widzi, wie jak trzeba się ustawić. To totalne zwierzę aktorskie. Aż trudno uwarzyć, że to jest tak mocno w nim zakodowane. Dlatego to była fantastyczna praca dla całej ekipy.

- Jak się panu udało pozyskać taki zestaw gwiazd: Kingę Preis, Annę Dymną czy Jana Frycza?
- Wszyscy Krzysztofa kochamy i chcieliśmy być częścią jego historii. Ale z drugiej strony myślę, że sam scenariusz bardzo się spodobał aktorom. Ponieważ w sposób wiarygodny i przejmujący, a niekoniecznie sentymentalny, opowiada tę historię. Jest w nim dużo humoru i wrażliwości. Wszyscy mamy nadzieję, że powstanie fajny film do oglądania. Bo to nie jest film o chorobie. To jest film o miłości. A morał z niego jest taki: jak masz fajną babę, to wszystko przeżyjesz. (śmiech)

- Pandemia skomplikowała wam realizację?
- Ja się śmieję, że skończyliśmy ten film dzięki temu, iż Komuś tam na górze na tym bardzo zależało. Ktoś tam powiedział: „Zróbcie kochani ten film, bo on będzie potrzebny”. To jest film wielosezonowy: potrzebowaliśmy lato, jesień, zimę i wiosnę. Trwało to jednak dwa lata, bo pierwszych zdjęciach Krzysiu się źle poczuł i musieliśmy przerwać zdjęcia na kilka miesięcy. Potem zebraliśmy się – i ogłoszono lockdown. Kiedy niedawno kończyliśmy w sobotę zdjęcia w szpitalu, to w poniedziałek weszły tam covidowe łóżka. Do końca nie wiedzieliśmy czy nas wyrzucą czy nie. Dzięki dyrektorowi szpitala udało nam się jednak nakręcić wszystko, co zaplanowaliśmy. Nikt inny nie chciał z nami gadać, wszyscy mieli inny problemy. To było absolutne wariactwo.

- Kiedy premiera?
- Pewnie na jesieni przyszłego roku. Teraz siądziemy do montażu. To pewnie zajmie z pół roku. Co będzie potem? Na razie nie wiadomo. Kiedy i jak kina wrócą? Gdzie będziemy mogli pokazać „Prawdziwe życie aniołów”? Mam nadzieję, że po przyszłorocznych wakacjach będzie już normalnie. I wtedy będziemy i my mogli wejść z naszym filmem.

Wideo

Materiał oryginalny: To nie jest film o chorobie, tylko o miłości - wywiad z Arturem Więckiem, reżyserem filmu "Prawdziwe życie aniołów" - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie