Sławomir Idziak: Kamera nie zastąpi efektów, które można zrobić za pomocą komórki [wywiad]

Redakcja
Nominowany do Oscara za zdjęcia w filmie "Helikoper w ogniu", ...
Nominowany do Oscara za zdjęcia w filmie "Helikoper w ogniu", ... Łukasz Żołądź
Udostępnij:
Nominowany do Oscara za film "Helikopter w ogniu", autor zdjęć w produkcjach "Król Arthur" i "Harry Potter i Zakon Feniksa", współpracownik Kieślowskiego i Wajdy mówi o filmowaniu telefonem komórkowym i szkoleniu filmowców w Krakowie.

Zobacz też: Niedługo ruszy konkurs KamerOFFon 2011. Zobacz filmy z ubiegłego roku


Film Spring to autorkski projekt szkoleniowy cenionego na świecie polskiego operatora filmowego, Sławomira Idziaka. Dotychczas warsztaty odbywały się w Juracie, ale w tym roku po raz pierwszy przeniesiono je do Krakowa.

Przez dwa tygodnie (27.03.- 7.04.) w Przegorzałach młodzi filmowcy z całego świata uczą się technik 3D, specyfiki filmowania telefonem komórkowym, a także finansowania projektów filmowych w ramach unijnego "Programu Media". Efekty ich pracy będzie można zobaczyć na specjalnym pokazie w ramach tegorocznego festiwalu Off Plus Camera.

Sławomir Idziak opowiedział nam o tych warsztatach, a także o wadach współczesnego rynku filmowego, problemach, z jakimi spotykają się debiutanci i o zaletach filmowania telefonem komórkowym.

Jak się panu podoba w Krakowie?

Bardzo mi się podoba! Kraków przywitał nas wspaniałą pogodą,  poza tym muszę powiedzieć, że  ośrodek w Przegorzałach, w którym jesteśmy, jest stworzony do takich działań interaktywnych, bo jest tu mnóstwo miejsca do spacerów, sam budynek jest labiryntem, ma niesamowity klimat, także to był szczęśliwy wybór.

Dotychczas warsztaty Film Spring odbywały się nad morzem. Skąd taka zmiana miejsca?

Pierwszy obóz miał być na wiosnę, ale w Juracie mogliśmy go organizować poza sezonem, jesienią. Wybraliśmy wybrzeże, bo tam jest ośrodek wojskowy, gdzie spędzam wakacje i było po prostu najtaniej. Kraków dał nam możliwość powrotu do rzeczywistej nazwy, czyli Film Spring, Cieszę się, że mogę zorganizować przedsięwzięcie, które jest całkowicie niedochodowe, przecież tutaj się raczej wyrzuca pieniądze przez okno, choć na edukację, w ważnej sprawie. Naszym sponsorem, a tak naprawdę współorganizatorem jest Cracow Film Commistion i to oni zaproponowali, że wezmą nas pod swoje skrzydła. Z drugiej strony,  nasze warsztaty odbywają się tuż przed Off Plus Camera i jest pewna szansa, że to co tutaj realizujemy, będziemy mogli pokazać publiczności festiwalowej. To nie będzie żaden film, bo trudno wymagać, żeby w ciągu kilku dni powstały dzieła skończone, ale chcę zrobić coś w rodzaju dyskoteki filmowej, z DJ'em, z kimś kto będzie komentował to, co będzie pokazywane na ekranie.

Pańskie warsztaty przyciągają  filmowców z całego świata. Gdzie jest klucz tego sukcesu?

W tej chwili jest 120 osób, a zaczęło się 6 lat temu od 20 uczestników. W tym roku w Krakowie jest grupa francuska, są też filmowcy z Kanady, Finlandii, Brazylii, są ludzie, którzy przyjeżdżają co rok, więc widocznie widzą zalety tych warsztatów. To jest takie prawdziwe miejsce, gdzie można poznać partnera do pracy. Często do współpracy przy filmie dochodzi właśnie przy  rozmowie w kawiarni, a przecież tak naprawdę z tego nie wynika, jakim jestem operatorem. Nie będę opowiadał, jak pracuję, bo to trzeba zobaczyć. Tutaj taka szansa jest. Młody reżyser codziennie widzi innego operatora, który pracuje i operator też zauważa, że reżyser jest partnerem, z którym można się dogadać, że to nie jest człowiek, który żąda za dużo, albo wymaga rzeczy niemożliwych. Jest czas na dopasowywanie psychologiczne, ale w skali globalnej.

Pojawia się jednak pytanie, czy będą mieli szansę wykorzystać te znajomości w przyszłości?

Ciągle tkwimy w okresie sprzed Unii Europejskiej. Młodzi filmowcy na początku robią karierę narodową, a potem zaczynają międzynarodową, a to jest bez sensu. Dlaczego nie robić tej kariery od razu, szukać wspólnych tematów, chociażby biorąc pod uwagę fakt, że ludzie w Europie migrują? Wyobraźmy sobie, że chłopak z Polski wyjeżdża do  Madrytu, tam poznaje Francuzkę, lądują w Londynie. Ona mówi po francusku, on po Polsku, a w domu mogą się porozumiewać tylko za pomocą angielskiego. Takie filmy nie powstają, bo nie mają narodowości, a festiwale nie przyjmują filmów bez narodowości. To jest dylemat, który jest absurdem, ale to nie znaczy, żeby z tego rezygnować. Trzeba myśleć o tym, że powstaje nowa jakość, nowe problemy i tutaj, w tym tyglu warsztatowym, który jest co roku widać, że to jest potrzebne, że oni chcą być razem, szukają  kontaktów. W tym miejscu urodzą się jakieś pomysły na projekty, połączą się jakieś osoby, to jest miejsce budowania mostów.

Czy zapotrzebowanie na tego typu warsztaty wynika z tego, że tradycyjne szkoły filmowe  uczą starymi metodami i nie wychodzą naprzeciw nowym technologiom?
Szkoły filmowe uczą na wczoraj i nie ma możliwości zmiany czegoś, co odbywa się za szybko. Ludzie, którzy są w czołówce zmian technologicznych, nie mają czasu na edukację, albo też nie mają talentu, żeby uczyć, a okres dwutygodniowych szkoleń, gdzie spotykają się z innymi specjalistami, wymieniają doświadczenia, jest kuszący i dlatego chętnie przyjeżdżają i dzielą się swoją wiedzą. Taki  proces dokształcania w Polsce, jeśli chodzi o kino, jest praktycznie nieobecne. Paradoks polega na tym, że przyjeżdżam na własne warsztaty i sam się uczę.

Czyli uczeń jest równy mistrzowi?

Oczywiście. Wykładowca, który tylko uczy, a nie odbiera od młodych ludzi, jest złym wykładowcą. Nie wolno traktować nauki, jako ruchu jednokierunkowego. To jest wzajemny proces dawania i odbierania. W naszym wypadku, kiedy mówimy o rzeczach naprawdę nowoczesnych (n.p. udało nam się dotrzeć do Alwerni, która jest zbiorem najnowocześniejszych technik światowych), to zarówno dla tych młodych ludzi, jak i dla nas, to szansa, żeby zobaczyć, poznać je bliżej. Uczą się nie tylko oni, ale także my.

Słynie pan z dość odważnych opinii na temat wykorzystywania niestandardowych, jak na filmowca, narzędzi, jak np. telefon komórkowy. Czy rzeczywiście telefonem da się zrobić dobry film?

Oczywiście, że można! Dobrym przykładem jest  film "127 godzin", który idealnie by się nadawał do sfilmowania telefonem. Oczywiście jakość techniczna tego nagrania byłaby gorsza, ale przecież najważniejszym elementem tego filmu jest spowiedź bohatera do małej kamery. Ta sama spowiedź mogłaby się odbywać do komórki. Komórka jest narzędziem intymnym, daje szansę wejścia w  miejsca, w które duża kamera nie dotrze.

Jak w takim razie zrobić film komórką?
Przed przystąpieniem do realizacji trzeba przemyśleć decyzję, czego dotyczy ten temat, który robię, jakie narzędzie się nadaje do pokazania jego sensu. Dziwi mnie to, że bardzo często młodzi ludzie używają komórki, jakby to była duża kamera, technologia hollywoodzka, a to jest całkowicie błędne myślenie. Kamera nie zastąpi efektów, które można zrobić za pomocą komórki. Ma ona swoje wady, ale ma też swoje zalety i od nich należy zacząć. Kamera w telefonie komórkowym jest  niedostrzegalna. Gdybym położył teraz na stole telefon z włączonym nagrywaniem i była między nami jakaś intymna rozmowa, po jakimś czasie pani by zapomniała, że jest rejestrowana, bo to jest przedmiot codziennego użycia. Natomiast, jakby w tym miejscu stała kamera, to podświadomie zmieniłaby pani sposób mówienia, otwierania się, nie byłoby tej naturalności.

Telefon jest narzędziem powszechnym i tak naprawdę każdy może zrobić film, ale czy to nie sprowadza sztuki do parteru, pod płaszczykiem tzw. offu?

Absolutnie! To tak, jakby od jakości długopisu zależał poziom literatury. Nie liczy się narzędzie, a to, kto je trzyma. Telefon komórkowy  jest idealny do zrobienia czegoś w rodzaju szkicu filmowego, gdzie pani za pomocą swojego partnera, rodziny, przyjaciół kręci swoją historię, nie po to, żeby ją pokazać na ekranie, ale po to żeby np. przynieść ją do producenta. Problem polega na tym, że my w tej chwili, jesteśmy ciągle w systemie przedpotopowym. Trzeba napisać tekst i znaleźć współproducenta. Wiem to z własnego doświadczenia, że są genialne scenariusze skopane w trakcie realizacji, a czasem "taki sobie" scenariusz daje genialne dzieło. Tak naprawdę do zawodu wchodzą ludzie nie najbardziej utalentowani, tylko najbardziej cwani, którzy dobrze wiedzą, jak pociągać za sznurki i mają talent PR-owski. Człowiek wrażliwy takich umiejętności nie ma, wstydzi się. Będąc wykładowcą często widzę, że student który jest bardzo wrażliwy, nigdy do niczego nie dojdzie, bo to jest świat, w którym trzeba się przepychać łokciami. Demokratyzacja związana z pojawieniem się telefonu komórkowego i wmontowanych w niego małych kamer, daje szansę tym, którzy tego nie potrafią.

Widział Pan jakiś dobry film, w całości nakręcony komórką?
Niestety, nie, ale takim filmem, który mógłby być realizowany telefonem komórkowym, jest "Once".Opowieść o miłości dwojga ludzi w Dublinie został nakręcony kamera mini dvd, a jakość kamer w dzisiejszych komórkach i jakość obrazka z tej kamery są  porównywalne. Ten film właśnie mógłby być całkowicie zrealizowany komórką i to zupełnie by nie zabiło tej historii. To, że obraz trochę by szumiał, i że w szczegółach nie byłby  taki, jak kręcony profesjonalną kamerą, to nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Często młodzi ludzie biorą telefon do ręki  i chcą robić od razu amerykańskie kino. Nie zadają sobie tego pytania, które wydaje mi się, jest podstawowe: czy to, co chcę powiedzieć, rzeczywiście może być zrobione tym narzędziem?

Czytaj także:


Zobacz na MM:Wywiady | Serwis motoryzacyjny | Photo Day - plenery fotograficzne |
Blogi | Zdrowie i uroda | Konkursy MM | MoDO
| Inwestycje | Recenzje | Rowery

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Dwaj Panowie Pingo - wystawa malarstwa Kołpanowicz&Cruz

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie