Łukasz Sosin po powrocie z Cypru do Krakowa: Czuję się spełnionym piłkarzem

Jerzy Filipiuk
Jerzy Filipiuk
Łukasz Sosin podczas pierwszych zajęć z drużyną U-17 Hutnika Kraków Joanna Urbaniec
Zagrałem w Lidze Mistrzów i z orzełkiem na piersi. Zdobyłem trzy tytuły mistrza kraju, Puchar Ligi i Superpuchar, sześć razy byłem królem strzelców ligi. Czuję się spełnionym piłkarzem – mówi 42-letni Łukasz Sosin, były zawodnik m.in. Hutnika, Kalwarianki, Cracovii i Wisły, który po 17 latach pobytu na Cyprze, gdzie odnosił swoje największe sukcesy, powrócił do Krakowa. Jest trenerem drużyn młodzieżowych w Hutniku i Akademii Piłkarskiej 21.

Kiedy i jak się zaczęła pana przygoda z futbolem?

Trener Król przyszedł do naszej, drugiej, klasy w Szkole Podstawowej numer 77 i zapytał, kto jest zainteresowany grą w Hutniku. Wszyscy się zgłosiliśmy i zostaliśmy klasą sportową. Dziewczyny grały w koszykówkę, a chłopcy w piłkę nożną. Byli wśród nich bracia Michał i Maciej Stolarzowie. Z tej grupy największą karierę zrobiłem ja i największy talent w naszym roczniku Michał, który także potem grał w ekstraklasie.

W Hutniku rozegrał Pan 52 mecze, w tym dwa w ekstraklasie, 46 w drugiej lidze (czyli dzisiejszej pierwszej), trzy w Pucharze UEFA i jeden w Pucharze Polski, strzelając 18 bramek – wszystkie w II lidze. Jak Pan wspomina ten okres?

Troszkę potu na Suchych Stawach wylałem, z Hutnikiem zdobyłem mistrzostwo Polski juniorów starszych i młodszych, zadebiutowałem w ekstraklasie i grałem w europejskich pucharach – z Chazri Buzowna Baku i Sigmą Ołomuniec. Dlatego czuję do tego klubu ogromny sentyment.

Był Pan świetnym napastnikiem, ale najpierw długo występował głównie na… środku obrony.

Tak, do 21. roku życia grałem jako stoper. Zmianę pozycji na boisku wymusiła sytuacja w Hutniku. W 1998 roku roku na początku rozgrywek drugiej ligi Andrzej Białek doznał kontuzji, zerwał wiązadła. Brakowało nam napastnika. Grałem wtedy jako prawy obrońca; miałem na koncie trzy bramki. Trener Bogusław Hajdas powiedział mi, że będę teraz grał jako napastnik. Oczywiście koledzy w szatni odebrali to śmiechem, ale ja w następnym meczu strzeliłem chyba trzy gole i w tym samym sezonie zostałem królem strzelców grupy wschodniej z 17 bramkami na koncie.

Wcześniej, w 1996 roku był pan wypożyczony najpierw do Kalwarianki, a potem do Cracovii, w której w sezonie 1996/1997 w 25 meczach strzelił pan zaledwie trzy bramki…

- Nie. Pięć. Tak mam w moich statystykach. Pamiętam, że grałem z Łukaszem Kubikiem w środku pomocy. Potem wróciłem do Hutnika. W 1999 roku wykupiła mnie Wisła i od razu wypożyczyła do Odry Wodzisław Śląski, w której w ekstraklasie strzeliłem 10 bramek, w tym jedną właśnie Wiśle.

Po roku wrócił Pan na Reymonta i w 2000 roku zadebiutował w Wiśle. W 17 meczach uzyskał pan tylko 5 goli, bo trudno było zastąpić Tomasza Frankowskiego czy Macieja Żurawskiego, a w ataku grali jeszcze między innymi Olgierd Moskalewicz i Paweł Brożek. Miał pan jednak udział w zdobyciu mistrzostwa Polski i Pucharu Ligi.

Bardzo dużo się nauczyłem od Frankowskiego i Żurawskiego. Trenowałem razem z nimi, podpatrywałem, jak się ustawiali na boisku. Tomek parę razy mówił mi: „Po co ty tam biegniesz? Zobacz, piłka sama trafi do ciebie”. Więcej się nauczyłem właśnie od niego – między innymi ustawiania się w polu karnym. Na palcach jednej ręki mogę wskazać na bramki, które strzeliłem spoza „szesnastki”. Ja umiałem się znaleźć w polu karnym. Największą satysfakcję miałem wtedy, gdy wiedziałem sekundę wcześniej – a to dużo w trakcie gry – że za chwilę zdobędę gola.

Był pan jednym z uczestników pamiętnego meczu w I rundzie Pucharu Europy w 2000 roku z Realem Saragossa. Wisłą przegrała w Hiszpanii 1:4, a u siebie po pierwszej połowie przegrywała 0:1. W przerwie trener Orest Lenczyk zmienił trzech zawodników, a jednym z tych, którzy weszli na boisko, był właśnie pan. Wierzył pan, że Wisła może jeszcze odwrócić losy tego spotkania?

Gdy wychodziliśmy na drugą połowę meczu, podszedł do mnie Marek Zając i powiedział: „Łukasz, oni są do ogrania”. Czuł, że tak może być. I tak się stało. A trener Lenczyk to dla mnie wzorowy szkoleniowiec. Pod jego wodzą w półfinale Pucharu Ligi z Amicą Wronki zagrałem jako… prawy obrońca. W pierwszym meczu wygraliśmy 2:0, potem pojechaliśmy do Wronek. Wieczorem w hotelu przyszedł do mnie do pokoju i powiedział: „Jesteś napastnikiem, ale zagrasz na prawej obronie, bo zasłużyłeś na to”. Wystawił mnie na Tomasza Dawidowskiego. Doceniał mnie. Wtedy w rewanżu z Realem też mi dał szanse gry, podobnie jak Grzegorzowi Nicińskiemu i Kelechiemu Iheanacho.

W sezonie 2001/2002 znowu był pan wypożyczony do Odry. Tym razem w 23 spotkaniach zdobył Pan 12 goli, w tym dwa grając przeciwko Wiśle: najpierw zwycięską na 1:0 w Wodzisławiu Śląskim, a potem wyrównującą na 1:1 Krakowie, przyczyniając się do pozbawienia „Białej Gwiazdy” szansy na obronę tytułu…

Mieliśmy wtedy jedną groźną sytuację. Arek Głowacki, który mocno mnie poobijał, doznał kontuzji i zszedł na około 30 sekund z boiska. I wtedy, kiedy go nie było na murawie, udało mi się strzelić bramkę po rzucie rożnym. W rewanżu znowu podpadłem, gdyż także zdobyłem gola, tym razem z rzutu karnego. To odbiło się potem na mojej sytuacji w krakowskim klubie. Wisła walczyła wtedy o mistrzostwo. Właściciel Wisły Bogusław Cupiał miał prawo do tego, żeby się na mnie zdenerwować, choć ja jako zawodnik Odry chciał się pokazać i wrócić do Krakowa. Moje losy tak się jednak potoczyły, że musiałem odejść z Wisły.

Końcówka sezonu 2001/2002 była dla pana nieudana z powodu pechowej kontuzji.

W kwietniowym, ćwierćfinałowym meczu Pucharu Polski z Legią Warszawa po faulu Jacka Magiery źle upadłem i wybiłem sobie bark. Nie grałem do końca sezonu. Po powrocie do krakowskiego klubu zostałem przesunięty do rezerw. Dostałem też informację, że w Wiśle już nie zagram właśnie dlatego, że strzelałem jej bramki. Znalazłem się na liście transferowej razem dziesięcioma innymi piłkarzami. Prawie wszystkie zespoły z ekstraklasy - między innymi Odra, Polonia Warszawa, Górnik Zabrze i Zagłębie Lubin - chciały mnie wypożyczyć, ale nie stać je było na wykupienie mnie. Wiedziałem, że mogę być wypożyczany co roku, jednak nigdy nie zagram w Wiśle, mając z nią podpisany pięcioletni kontrakt.

Otrzymał Pan wtedy ofertę między innymi z Karpat Lwów, ale do transferu nie doszło. Dlaczego?

Byłem na obozie Karpat, ale z tego co wiem, oba kluby nie doszły do porozumienia. Podobnie było z ofertą Yonikosu, który proponował wypożyczenie mnie. Byłem też, o co wyprosiłem w Wiśle, na testach w Torpedo Moskwa, bo to była ciekawa oferta, ale zmienił się tam trener i temat upadł. O zainteresowaniu mną przez Lokomotiw Moskwa dowiedziałem się tylko z gazet, ale nie było to nic konkretnego. Obiła mi się też o uszy informacja o tym, że interesuje się mną APOEL Nikozja. Przebywałem również na testach w St Pauli, które awansowało do Bundesligi. Pytał się o mnie także turecki klub Elazigspor. Tych ofert było bardzo dużo.

Ostatecznie znalazł się pan na Cyprze, ale nie w APOEL-u, ale w Apollonie Limassol…

To był jedyny klub, który się zgłosił i mógł mnie wykupić. Zaoferował mi trzyletni kontrakt i dwa razy lepsze warunki, niż miałem w Wiśle. A po trzech latach mogłem wrócić do Polski i sam wybrać sobie nowy klub. Tylko przedstawiciele Apollonu przylecieli mnie obserwować. Byli bodaj na meczu Odra – GKS Katowice, a potem przyjechali do mnie na prywatne rozmowy, czyli pokazali, że są mną naprawdę zainteresowani.

W Apollonie grał pan w latach 2002-2007, sięgając po mistrzostwo Cypru w 2006 roku i Superpuchar Cypru w 2007 roku. W 119 meczach ligowych zdobył pan 96 bramek. Jak pan wspomina pobyt w tym klubie?

Bardzo dobrze. To był mój najlepszy okres w karierze. Apollon zapewnił mi rozpoznawalność, świetnie się w nim czułem, uzyskiwanie bramek przychodziło mi z łatwością. Trzy razem z rzędu byłem królem strzelców rozgrywek. W sezonie 2005/2006, w którym zdobyliśmy mistrzostwo, a ja zdobyłem 28 goli, wszystko mi wychodziło na boisku. Jak nie strzelałem bramek, to miałem asysty. To był mój najlepszy sezon w karierze.

Przyczynił się pan do wielkiego sukcesu Apollonu, jaki potem się nie powtórzył...

Nigdy później nie był mistrzem kraju. A wtedy na ten tytuł czekał 12 lat. To jest jeden z większych klubów na Cyprze, często jest w czołówce ligi i grywa w europejskich pucharach. W ostatnim sezonie zdobyłem z nim Superpuchar Cypru. W meczu o to trofeum z bodajże Omonią Nikozja strzeliłem bramkę, wygraliśmy chyba 2:1.

W 2006 roku był pan na testach w Sunderlandzie, ale do transferu z Apollonu nie doszło.

Byłem tam trzy lub cztery dni. To była fajna przygoda. Mogłem zobaczyć, jak wygląda tam przygotowanie do zajęć, treningi itp. Dużo Cypryjczyków studiowało w Anglii, dlatego na treningu witała mnie grupka kibiców Apollonu. Nie udało mi się jednak zostać w Sunderlandzie. Potem wyjechałem na testy do Preston, który grał w Championship. To też było ciekawe doświadczenie.

Po pięciu latach gry w Apollonie przeniósł się pan do Anorthosisu Famagusta. Dlaczego opuścił pan klub, w którym był uwielbiany przez swoich fanów i tak doskonale się czuł?

Odbiło się to dużym echem, nie było mi łatwo. Kibice Apollonu do dziś mi wypominają, że odszedłem z klubu, w którym byłem ikoną. Nie byłem nigdy mile witany na stadionie w Limassol, Raz znalazłem kamień rzucony do mojego domu, ale to był jedyny taki incydent, choć nadal mieszkałem w Limassol, grając w Anorthosis. Byłem wolnym zawodnikiem, miałem prawo podjąć decyzję, gdzie chcę grać. Mogłem zostać w Apollonie. Rozmawiałem z jego zarządem, ale nie doszliśmy do porozumienia. Nie czułem się traktowany tak, jak powinienem. Poza tym zarząd się zmienił, nie tworzyli go ci ludzie, którzy sprowadzili mnie na Cypr. Mówili mi, że nie mogę przejść do innego klubu cypryjskiego, bo będę miał problemy z kibicami. Tak się rozmów nie prowadzi.

Fani Anorthosis zapewne ucieszyli się, że ich klub wzmocnił tak doskonały strzelec.

Tak, oczywiście bardzo dobrze mnie przyjęli. Z nowym klubem w pierwszym swym sezonie znowu zostałem królem strzelców, zdobyłem mistrzostwo kraju – potem tego sukcesu nie powtórzył - i zagrałem w Lidze Mistrzów. Wtedy cypryjska drużyna po raz pierwszy w historii uzyskała awans do tych ostatnich rozgrywek. W eliminacjach strzeliłem trzy bramki: dwie w meczu drugiej rundy z Austrią Wiedeń i jedną w spotkaniu trzeciej rundy z Olympiakosem Pireus. U siebie wygraliśmy po 3:0, w Wiedniu przegraliśmy 1:3, a w Pireusie 0:1.

Który z tych meczów najbardziej wspomina?

Ten… w Wiedniu, bo to był mój najtrudniejszy mecz w moim życiu. Prowadziliśmy 1:0 i myśleliśmy, że spokojnie zapewnimy sobie awans. Tymczasem w 67 minucie przegrywaliśmy 1:3. Do końca meczu było jeszcze dużo czasu. Grałem sam w przodzie, a wszyscy pozostali moi koledzy się bronili, wybijali piłkę. Było ponad 30 stopni Celsjusza, stadion pełen kibiców, ale awansowaliśmy. Gdy po latach zapytałem naszego trenera Temura Kecbaię, czy wie, jaki był mój najtrudniejszy mecz, od razu powiedział, że ten z Rapidem.

W Lidze Mistrzów rozegrał Pan trzy spotkania grupowe. Dlaczego nie wszystkie sześć?

Zadebiutowałem w meczu w Bremie z Werderem (0:0), grając 58 minut. Później zaliczyłem 64 minuty w spotkaniu u siebie z Panathinaikosem Ateny (3:1) i pół meczu w Mediolanie z Interem (0:1). W kolejnych trzech spotkaniach nie grałem. Wszystko przez ligowy mecz u siebie z Pafos FC. Mieliśmy chyba z 20 czystych sytuacji, ale graliśmy nieskutecznie. W ostatniej minucie zarobiliśmy rzut karny. Podszedłem do piłki i pośliznąłem się, a piłka poleciała na wysokość trzeciego piętra. Tylko zremisowaliśmy. To się odbiło na mojej relacji z trenerem Kecbaią, który obwiniał mnie za stratę punktów. Dostałem wtedy srogą lekcję.

Mimo wszystko swój jedyny udział w Lidze Mistrzów wspomina pan chyba miło…

Tak. Rozegrałem trzy mecze w pierwszym składzie, występowaliśmy w silnej grupie, zdobyliśmy 6 punktów, zajmując niestety ostatnie miejsce. Inter wtedy prowadził Jose Mourinho, a grali w nim między innymi Zlatań Ibrahimović, Adriano, Javier Zanetti. Słuchałem hymnu Ligi Mistrzów na San Siro… A pamiętam, że na pierwszym obozie zagranicznym z Hutnikiem byłem właśnie we Włoszech. Poszliśmy wtedy na San Siro. Gdy grałem z Interem, wspominałem tamten wyjazd.

W reprezentacji rozegrał Pan cztery mecze - w 2006 roku towarzyskie z Arabią Saudyjską, Litwą i Wyspami Owczymi oraz w 2009 eliminacyjny o awans do mistrzostwa świata z San Marino. W debiucie, w Rijadzie, strzelił pan dwie bramki.

Po tym pierwszym meczu pojawiły się opinie, żeby nie robić wielkiego show z tego, że zdobyłem dwa gole. Nie pomogło mi to potem w reprezentacji, ale znalazłem się w szerokiej kadrze na mistrzostwa świata w 2006 roku w Niemczech. Nie pojechałem na nie. Ale nie pojechali też między innymi Jerzy Dudek i Frankowski, więc co to mówić o Sosinie... Na obozie przygotowawczym we Wronkach przed nominacjami mieszkałem w pokoju z Tomkiem. Wyjeżdżając z niego miał informację, że na pewno pojedzie na mundial. Ja po drodze musiałem się zatrzymać w Katowicach na testach wydolnościowych, bo też byłem brany pod uwagę. Była duża dyskusja na mój temat i otrzymałem informację, że mam duże szanse wyjazdu do Niemiec. Okazało się jednak, że jest zupełnie inaczej.

Trzy lata później rozegrał pan swój czwarty mecz w drużynie narodowej, która w Kielcach rozgromiła San Marino 10:0.

Trener Leo Beenhakker powołał mnie do kadry na kilka meczów, ale zagrałem dopiero z San Marino. Była to dla mnie miła niespodzianka. W tym powołaniu pomógł mi… Michał Żewłakow, który przyjechał z Olympiakosem Pireus na Cypr na wspomniany mecz eliminacyjny do Ligi Mistrzów. Przed spotkaniem rozmawiałem z nim. Mówiłem mu, że po 15 minutach gry on i jego koledzy „zdechną”. On na to: „Co ty mi mówisz? Przecież w Atenach mamy taką samą pogodę jak na Cyprze”. Odpowiedziałem mu: „Ale to jest inna atmosfera, inna wilgotność. Sam zobaczysz”. Po 18 minutach prowadziliśmy 2:0, a wygraliśmy 3:0. Strzeliłem drugą bramkę i miałem asystę. Tak pokazałem się trenerowi Beenhakkerowi. Ten mecz zaliczam do z najlepszych w mojej karierze.

W 2010 roku trafił Pan do Kavali, ale w 11 ani razu nie pokonał bramkarza przeciwników.

W Anorthosis kończył mi się kontrakt, a oferta z Kavali była naprawdę bardzo interesująca. Miałem też kolegę,Sinisę Dobrasinovicia, który bardzo mnie namawiał na przejście. Niestety, rzeczywistość okazała się inna. Ten okres gry wspominam bardzo źle. To była moja najgorsza decyzja życiowa, duży błąd. Proszę o to zapytać także „Ebiego” Smolarka (3 gole w 15 spotkaniach – przyp.), który grał wtedy ze mną. Ja, tam gdzie się dobrze czułem, tam osiągałem dobre wyniki, a gdzie źle – słabe.

Na co konkretnie pan narzekał?

Atmosfera w kluby była wręcz dramatyczna. W meczu z Iraklisem Saloniki skręciłem sobie kostkę. Następnego dnia mieliśmy trening. Pokazałem trenerowi, który przyszedł z Holandii, że mam spuchniętą kostkę, a on wysłał mnie na boisko i kazał mi przez godzinę biegać. Po pół godzinie zapytał mnie o kostkę. Powiedziałem mu, że teraz jest dwa razy większa. Co mi chciał udowodnić? Wtedy miałem jechać po rodzinę, aby ją przywieźć do Grecji. Powiedziałem, że nie ma takiej możliwości, nie będę leciał ze spuchniętą kostką. Potem musiałem pięć razy dziennie chodzić na zajęcia terapeutyczne. Terapeuta mówił mi: „Łukasz, ja ci mogę terapię zrobić raz, ale musisz przyjeżdżać po pięć razy, bo tak zadecydował trener”. I powiedział, żebym sobie posiedział i napił się kawy, bo nie mam sensu aż tyle czasu poświęcać na te zabiegi.

W tym samym roku trafił pan do spadkowicza z cypryjskiej ekstraklasy Arisu Limassol, gdzie chyba piłkarsko odżył.

Tak. W pierwszym sezonie uzyskałem 24 bramki (inne źródła podają, że 19 – przyp.) i zostałem królem strzelców drugiej ligi. To był mój już szósty taki tytuł w karierze! To tylko potwierdza, że byłem skutecznym piłkarzem. Awansowaliśmy wtedy do ekstraklasy. W ostatnim sezonie rozegrałem 25 spotkań i strzeliłem 3 gole. Miałem ofertę przedłużenia kontraktu, ale powiedziałem sobie, że ja już swoje w życiu zrobiłem. Wiedziałem, że kariery w wieku 35 lat już nie zrobię. Moje marzenia się spełniły. Zagrałem w Lidze Mistrzów i z orzełkiem na piersi. Czułem się spełniony.

Przed laty Cypr był uważany za jednego z Kopciuszków europejskiego futbol. Pan miał się okazję przekonać, że nie była to trafna opinia.

W swym pierwszym meczu na Cyprze po 15 minutach gry powiedziałem do siebie: „Jeśli ktoś mi powie, że to jest słaba liga, to na pewno będę walczył z taką opinią. Po kwadransie dostałem takiej zadyszki, że mnie puściła dopiero po dwóch godzinach po meczu. Nie chodziło o to, że było gorąco, ale o poziom meczu, tempo gry, atmosferę na stadionie itd. Grając na Cyprze, miałem do pomocy takich skrzydłowych jak Savio z Realu Madryt oraz Paulo Costa z Interu i FC Porto. Czy występując w polskiej lidze, miałbym takich piłkarzy u swego boku? Pamiętam mecz, który wygraliśmy na wyjeździe 5:0, a ja strzelił pięć bramek, wszystkie głową!

To był jednej z najlepszych pana meczów w karierze?

Nie! Bo zdobywanie goli w nim było formalnością, gdyż koledzy wykładali mi piłkę. Na Cyprze parę razy strzeliłem cztery bramki, miałem też dużo hat-tricków. Jako napastnik robiłem na boisku także miejsce dla innych zawodników. Było dużo meczów, w których obrońcy skupiali się na mnie, ja schodziłem na bok i ktoś zajmował moją pozycję. W taki sposób też strzelaliśmy dużo bramek.

Przeciwko jakiemu najlepszemu obrońcy grał Pan na Cyprze?

Najlepszego, moim zdaniem, miałem w… mojej drużynie - Apollonie. Był to Traianos Delas, reprezentant Grecji, kapitan drużyny, która w 2004 roku w Portugalii zdobyła mistrzostwo Europy. Pamiętam, jak go oglądałem jeszcze w telewizji. Zrobił na mnie naprawdę wrażenie. Później miałem przyjemność grać z nim w Anorthosis Famagusta. Może to nie był zwinny obrońca, ale świetnie się ustawiał, wszystko wcześniej przewidywał. Naprawdę mi tym imponował.

Czym się pan zajął po zakończeniu kariery zawodniczej?

Zdecydowałem się postawić na karierę trenerską i zrobiłem kurs UEFA A w ostatnim roczniku w Białej Podlaskiej. Ukończyłem go i przez dwa lata pracowałem w akademii Apollonu jako dyrektor techniczny akademii. Miałem „pod sobą” 20 trenerów.

Nie miał pan problemów z powrotem do klubu, w którym był najpierw uwielbiany przez kibiców, a potem – po przejściu do Anorthosis – nie był, jak to sam ujął, zbyt mile widziany przez nich?

Tam pierwsza i druga drużyna nazywana jest firmą. Akademia była osobnym klubem. Ja nie byłem w firmie, ale właśnie w klubie, choć oczywiście akademia podlega klubowi. Potem zrezygnowałem z pracy. Kazano mi bowiem zwolnić pięciu trenerów. Stwierdziłem, że to nie idzie w tym kierunku, w którym ja bym chciał, było odmienne od mojej wizji. Przez rok pełniłem taką samą funkcję w akademii Pafos FC. Potem poszedłem na kurs UEFA Elite Youth, czyli trenerów od szkolenia dzieci i młodzieży. Ze swym doświadczeniem dyrektora technicznego nie miałem bowiem szansy się dostać się na kurs UEFA Pro. A żeby pełnić funkcję dyrektorską na Cyprze, trzeba było ukończyć jeden z tych kursów. I rok temu skończyłem w Białej Podlaskiej kurs UEFA Elite Youth. Ostatni rok spełniłem na Cyprze, gdzie razem ze swoją żoną prowadziłem swoją firmę. Do Polski wróciłem trzy, cztery miesiące temu.

A propos żony… Może Pan nam przedstawić swoją rodzinę?

Żona ma na imię Anna. Jesteśmy małżeństwem od 23 czerwca 2001 roku. Na Cyprze zajmowała się naszymi dziećmi, ich kształceniem, i naszą firmą, a powrocie do kraju szuka swojego miejsca w Krakowie. Dzieci – 15-letnia Weronika i 13-letni Wiktor - mówią w pięciu językach. Na Cyprze chodziły do szkoły katolickiej, gdzie uczyły się angielskiego, greckiego, włoskiego, francuskiego i polskiego. Dzięki znajomości polskiego temu mają łatwy dostęp do polskiej edukacji. Ja też mówię po angielsku i rozumiem grecki, ale gdybym powiedział, że się posługuję greckim, to byłoby kłamstwo.

Dzieci także uprawiają sport?

Wiktor jest piłkarzem w Akademii Piłkarskiej numer 21. Po powrocie do Krakowa przyprowadziłem go do niej. I ja go prowadzę, bo jestem w Akademii trenerem chłopców z rocznika 2006. Uznałem, że jeśli nie będę pracował w akademii i Hutniku, to współpraca między nimi będzie stała na słabym poziomie. Wiktor oczywiście trenował już na Cyprze i w Grecji. Mnie jako piłkarza, gdy kończyłem już grać, bardziej jednak pamięta córka, która sama grała w tenisa. Ja też lubię grać w tenisa, a w akademii są do tego warunki.

Czy po 17 latach pobytu na Cyprze pojawił się u państwa dylemat: zostać tam na dłużej czy wracać do ojczyzny?

Tak, oczywiście. Zostaliśmy tam tak długo, bo zaczęliśmy edukację naszych dzieci w języku angielskim. Nie chcieliśmy im sprawiać traumy, przyjeżdżać tu i zmieniać wszystko. Na Cyprze mieliśmy też pracę. Ale najlepszy czas tam dla nas się skończył. Wcześniej czy później chcieliśmy jednak, podobnie jak dzieci, wrócić do Polski. Dzieci chciały studiować w Krakowie. Wróciliśmy więc jak najszybciej wrócić, żeby im było łatwiej studiować w języku polskim. Teraz są w klasie ósmej. Oczywiście powrót nie był dla nich łatwy, zwłaszcza dla syna, który się urodził na Cyprze, ale to była wspólna nasza decyzja.

Został pan trenerem drużyny U-17 Hutnika, która jesienią awansowała do Centralnej Ligi Juniorów.

Celem jest wyszkolić chłopaków, żeby potem zasilili pierwszą drużynę. Na razie tych chłopaków dopiero poznaję. To jest dla mnie ciekawym temat, ale mam trzy lata, bo jako dyrektor techniczny na Cyprze byłem odpowiedzialny za piłkarzy od 5 do 21 lat, więc wiem, jak to wygląda od środka. Moim asystentem jest Maksymilan Chabowski, który także jest trenerem w Akademii Piłkarskiej, z która będziemy współpracowali. Mamy do dyspozycji prawie 60 zawodników.

Powrócił pan do klubu, w którym zaczął swoją karierę...

Była to inicjatywa Hutnika, co mnie bardzo cieszy. W klubie cały czas podkreślają, że chcą pozyskiwać byłych piłkarzy, by wracali do swych korzeni, do miejsca, w którym się wychowali.

Jakie ma pan plany, marzenia na najbliższe lata?

Chcę się sprawdzić jako trener, zobaczyć, czy mi się to spodoba lub nie. Dotychczas nie prowadziłem drużyny samodzielnie. Oczywiście myślę też o prowadzeniu seniorów, ale powolutku… Jako piłkarz też zaczynałem od niższych klas, robiłem kroki powoli. Teraz też nigdzie się nie spieszę. Gdy ktoś doceni moją pracę od podstaw, to będę miał uzasadnienie tego, by zrobić karierę jako trener. Mam też plan na to, co chciałbym robić w przyszłości. Może to być ciekawy pomysł, ale jeszcze jest za wcześnie, by go ogłaszać.

Czytaj także

FLESZ: Nowe dyscypliny na igrzyskach w Tokio

Wideo

Materiał oryginalny: Łukasz Sosin po powrocie z Cypru do Krakowa: Czuję się spełnionym piłkarzem - Dziennik Polski

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3