Koronawirus w Polsce. Śmiertelne żniwo epidemii jest dużo większe, niż mówią oficjalne statystyki

Witold Głowacki
Witold Głowacki
fot. Konrad Kozlowski
Bezpośrednie i pośrednie ofiary śmiertelne epidemii koronawirusa w Polsce będziemy liczyć w dziesiątkach tysięcy. To efekt zarówno samej epidemii, jak i załamania służby zdrowia.

Druga fala epidemii koronawirusa pociąga za sobą w Polsce wielotysięczne (w skali miesiąca) wzrosty ogólnej liczby zgonów - znacznie większe niż wynikałoby ze statystyk dotyczących ofiar COVID-19. Jesienią tego roku umiera znacznie więcej Polaków niż w analogicznych okresach w latach poprzednich. W dodatku od końca sierpnia do połowy listopada (nowszych danych jeszcze nie ma) widać stałą tendencję wzrostową. W pierwszym tygodniu listopada odnotowano w Polsce aż o 112 procent zgonów więcej (o ponad 1000 dziennie!) niż w tym samym okresie rok temu. Ale już w tygodniu kończącym się 1 listopada odnotowaliśmy o 86 procent zgonów więcej niż rok wcześniej. Na tle innych krajów Europy wygląda to wręcz przerażająco. W Niemczech do początku listopada statystyki zgonów w ogóle nie wzrosły, dane z części Wielkiej Brytanii (Anglia i Walia) wykazują wzrost o 14 procent - a z Hiszpanii o 30 procent. Poza Polską największy wzrost liczby zgonów w tygodniu do 1 listopada odnotowano w Belgii - o 60 procent.

Wzrost śmiertelności w Polsce według oficjalnych danych z Rejestru Stanu Cywilnego nie pokrywa się ze statystykami Ministerstwa Zdrowia dotyczącymi zmarłych na COVID-19. Choć tych ostatnich jest w drugiej połowie listopada po kilkuset dziennie, każdego dnia umiera o ponad 1000 więcej Polaków niż miało to miejsce w poprzednich latach. Mamy do czynienia z podwojeniem typowego dla tego miesiąca odsetka zgonów - i tylko w części da się to wytłumaczyć z pomocą statystyk dotyczących epidemii.

Wiosną i w pierwszej połowie lata - mimo pierwszej fali epidemii - niczego podobnego na większą skalę nie odnotowaliśmy. We współpracy z redakcjami 16 dzienników regionalnych i Agencją Informacyjną Polskapress w całej Polsce sprawdzaliśmy wtedy rejestry zgonów - ale wnioski sprowadzały się do jednego - w tamtym okresie umierało mniej więcej tyle samo Polaków co w poprzednich latach. I to nawet z uwzględnieniem kilkuset ofiar koronawirusa miesięcznie - bo tyle ich wtedy było. Pewne okresowe odchylenia od normy - to znaczy zauważalne wzrosty statystyk zgonów - było widać jedynie w niektórych mniejszych gminach szczególnie dotkniętych epidemią. W takich wypadkach jednak wzrosty śmiertelności, przynajmniej w przybliżeniu, pokrywały się z danymi o epidemii. Albo nieco inaczej - w liczbach bezwzględnych były to wzrosty na tyle niewielkie, że ich pojawienia się nie sposób było uznać za świadectwo kształtującego się bardziej wyraźnego trendu.

Statystyki zgonów zaczęły się natomiast różnić od tych z poprzednich lat mniej więcej pod koniec sierpnia. We wrześniu były już alarmująco wyższe. W październiku było już bardzo źle - w skali Polski - na każdych dwóch zmarłych odpowiadających średniej z poprzednich lat przypadał jeszcze jeden „nowy” zmarły. Dane za pierwszy tydzień listopada pokazały natomiast ponad dwukrotny (o 112 procent, ściśle mówiąc) wzrost liczby zgonów w Polsce.

Chodzi o naprawdę pokaźne liczby. Można w przybliżeniu przyjąć, że przed epidemią koronawirusa średnio umierało ze wszelkich możliwych powodów około 1000 Polaków dziennie. Dla przykładu - przez cały październik zeszłego roku umarło 31 tysięcy obywateli RP, co daje nam właśnie niemal idealnie powyższą średnią. W październiku tego roku zgonów było jednak ponad 46 tysięcy - łącznie o 15 tysięcy więcej niż rok temu. Z tych 15 tysięcy tylko jedna piąta to ofiary koronawirusa z oficjalnych statystyk. Pytanie więc - na co zmarli pozostali.

W statystykach zgony z powodu koronawirusa odpowiadają z grubsza zachorowaniom sprzed 14 dni. Z grubsza - bo działają tu różne mechanizmy. W wypadku śmiertelnych przebiegów zachorowań wykrytych niedługo po zakończeniu okresu inkubacji wirusa od pierwszych objawów do momentu zgonu pacjenta mogą minąć nawet więcej niż trzy tygodnie - zwłaszcza jeśli pacjent poddawany jest intensywnej terapii w warunkach pełnej dostępności niezbędnych środków. Bywa jednak i tak, że pacjent chory na COVID-19 umiera niedługo po pierwszym kontakcie ze służbą zdrowia. Test jest przeprowadzany na izbie przyjęć, dzień później pacjenta nie ma już wśród żywych - i oczywiście nijak nie znaczy to, że od zachorowania do śmierci minął jeden dzień, po prostu pacjent trafił do szpitala w tak zaawansowanym stanie chorobowym, że nie sposób było mu już pomóc. Dodajmy do tego sytuacje pośrednie - w których na przykład tydzień trwało samo oczekiwanie na przeprowadzenie testu, a następnie na jego wynik - a zrozumiemy, że sam „klasyczny” czy raczej najczęstszy przebieg śmiertelnych przypadków COVID-19 nie pozwoli nam na określenie średniego czasu, jaki upływa między nie tyle zachorowaniem pacjenta, co jego pojawieniem się w statystykach zachorowań, a zgonem - bo wówczas mówilibyśmy raczej o trzech tygodniach niż dwóch.

Oznacza to w każdym razie, że obecne liczby zgonów na COVID-19 odpowiadają wciąż zachorowaniom z pierwszej połowy listopada - czyli z okresu, w którym notowaliśmy rekordowe dzienne przyrosty liczby zakażonych koronawirusem.

Nie zmienia to jednak faktu, że w ostatnich tygodniach umiera o wiele więcej Polaków, niż wynikałoby to zarówno ze statystyk dotyczących COVID-19, jak i z wieloletniej średniej zgonów.

W październiku tego roku - już po odliczeniu 3100 bezpośrednich ofiar koronawirusa - zmarło aż o 12 tysięcy Polek i Polaków więcej niż w tym samym miesiącu rok wcześniej. O ponad 400 dziennie. W listopadzie jest jeszcze gorzej. Już w pierwszym tygodniu miesiąca „nadmiarowych” zgonów odnotowano aż 8,5 tysiąca (16,1 tys. zmarłych względem 7,6 tys. zmarłych w analogicznym tygodniu rok wcześniej).

Nie sposób oszacować, jaka część „nadmiarowych” zmarłych z ostatnich tygodni to w rzeczywistości także bezpośrednie ofiary koronawirusa. Mowa tu o przypadkach chorych na COVID-19, którzy nigdy nie byli badani na obecność koronawirusa, a następnie albo trafili pod opiekę lekarzy w ostatnich godzinach swego życia, albo też zmarli poza placówkami służby zdrowia - najczęściej oczywiście we własnych domach. W takim wypadku lekarzowi pozostaje stwierdzić zgon i wskazać jego bezpośrednią przyczynę - w wypadku koronawirusa najczęściej bywa to niewydolność oddechowa lub niewydolność oddechowo-krążeniowa. Ciała zmarłego nie bada się już jednak na okoliczność obecności koronawirusa. Trochę mogą nam tu pomóc dane, które dopiero poznamy w szczegółach w przyszłości - i określające przyczyny zgonów grup zmarłych, niemniej i tak nie odróżnimy niewydolności oddechowej z powodu COVID-19 od tej będącej wynikiem innych chorób.

Co z resztą „nadmiarowych” zmarłych? Z pulą od kilku tysięcy - jeśli opisane wyżej zjawisko jest powszechne, do 12 tysięcy (jeśli to jednak rzadkość) zmarłych?

To najprawdopodobniej ofiary zarówno bieżącego załamania w systemie ochrony zdrowia, jak i tego, co specjaliści nazywają długiem epidemicznym. Te pierwsze to chorzy na wszelkie możliwe choroby, którzy w ostatnich tygodniach i miesiącach nie mogli uzyskać należytej pomocy w odpowiednim czasie, ze względu na przeciążenie szpitali i przekwalifikowanie sporej części placówek i ich oddziałów na zajmujące się wyłącznie COVID-19.

A co z długiem epidemicznym? Otóż zmarli na skutek tego, co kryje się pod tym pojęciem, to ofiary jeszcze mniej widocznego procesu, jakim jest ogólne ograniczenie dostępu do wszystkiego, co wiąże się z opieką medyczną, z czym mamy do czynienia dosłownie od pierwszych dni epidemii. To ludzie, którzy nie mogli skorzystać z wczesnej diagnostyki nowotworów, chorób serca czy innych chorób wewnętrznych. To pacjenci z chorobami przewlekłymi, w wypadku których zabrakło odpowiednio intensywnego monitorowania bieżącego stanu choroby. To wreszcie ludzie, których warunki życia uległy drastycznemu pogorszeniu - choćby na skutek kryzysu ekonomicznego wywołanego przez epidemię, co sprzyjało rozwojowi całej palety różnych chorób. Skutki długu epidemicznego będą występować jeszcze przez długie miesiące po uporaniu się z samą epidemią. Ktoś, kto dziś nie zdiagnozował na czas nowotworu, może trafić pod opiekę lekarzy, gdy będzie już za późno. Ktoś, czyja choroba układu krążenia dziś została zaniedbana, może odczuć tego tragiczne skutki dopiero za kilka tygodni lub miesięcy.

Już w listopadzie w branży pogrzebowej zaczął się rodzaj boomu. Nic dziwnego, skoro liczba pogrzebów wzrosła ponad dwukrotnie. Bardzo duża część z nich - co jest w Polsce zjawiskiem dość nowym - to kremacje. W Warszawie wśród ogólnej liczby pogrzebów około połowy to właśnie kremacje, na Śląsku i na zachodzie kraju nawet 60 procent, na bardziej tradycyjnym wschodzie Polski wciąż zauważalnie mniej - szacował w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Krzysztof Wolicki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego.

Przedstawiciele organizacji branżowych zwracają jednak uwagę na fakt, że bardzo znacząco wzrosły koszty organizacji pogrzebów wynikające z konieczności sprostania regulacjom sanitarnym. To przede wszystkim nakłady na środki dezynfekujące, ubiory ochronne i maski z wkładami węglowymi. Przedstawiciele branży zgodnie twierdzą, że nie podnosili w ostatnich miesiącach cen usług pogrzebowych - za to zwracali się, bez większego skutku, o rządowe wsparcie w zakresie sprzętu ochronnego.

Jest jeszcze jeden problem związany ze wzrostem liczby zgonów - dość powszechnym zjawiskiem stały się niedostatki miejsca w kostnicach i chłodniach przy domach pogrzebowych. - Możemy pomieścić u nas ośmioro zmarłych, dotąd to bez problemu wystarczało, teraz pojawiają się problemy logistyczne, momentami nawet coś w rodzaju kolejki, w tym znaczeniu, że niekiedy na przykład trochę czeka się z transportem zmarłego ze szpitalnej chłodni, bo w pierwszej kolejności trzeba znaleźć miejsce dla ciała innej osoby, która zmarła we własnym domu. Tam przecież zmarły nie może czekać długo - mówi nam przedsiębiorca pogrzebowy spod Warszawy.

***

Druga fala epidemii w Polsce wydaje się w końcu tracić swój impet. Oficjalne liczby nowych zakażeń utrzymują się już na poziomie poniżej 20 tysięcy dziennie - choć związanych z tym wątpliwości nie brakuje. Od drugiego tygodnia listopada znacząco zmalała liczba wykonywanych testów - zwiększył się zaś drastycznie odsetek tych z wynikiem pozytywnych - co rodzi pytania o to, czy aby na pewno jesteśmy w stanie monitorować aktualny stan epidemii. Od poniedziałku natomiast powiatowe stacje sanitarno-epidemiologiczne nie mogą już publikować danych o zachorowaniach dotyczących powiatów. Tym samym niemożliwa jest już weryfikacja danych podawanych centralnie. Przypomnijmy zaś, że po tym jak twórca ogólnodostępnej bazy danych o COVID-19 w Polsce Michał Rogalski wykrył znaczne rozbieżności między danymi z powiatów a tymi publikowanymi przez resort zdrowia, ten ostatni musiał doliczyć do ogólnych statystyk aż ponad 20 tysięcy przypadków, których wcześniej nie było w statystykach.

Koronawirus będzie jeszcze długo zbierał swoje śmiertelne żniwo. Każdy tysiąc zachorowań w oficjalnych statystykach oznacza kilkadziesiąt zgonów w perspektywie dwóch, trzech tygodni. W kwietniu tego roku według oficjalnych danych na COVID zachorowało łącznie ok. 10 tysięcy Polaków - zmarło zaś z powodu koronawirusa 615 osób - i taki mniej więcej jest koszt w ludziach zachorowania podobnej liczby Polaków i dziś. O ile w kwietniu trzeba było całego miesiąca, by w Polsce na COVID-19 zachorowało 10 tysięcy osób, o tyle dziś to kwestia mniej niż jednego dnia. Na tym tle obecne oficjalne dane o zgonach z powodu COVID-19 wydają się zresztą dość niskie - i zbliżone do tych, które w kwietniu odpowiadały 10 tysiącom zachorowań. Może to wskazywać na to, że liczba rzeczywistych ofiar koronawirusa jest jednak znacząco wyższa niż wynikałoby ze statystyk.

Nawet jednak, jeśli uda nam się wrócić do sytuacji z kwietnia (na co według najbardziej optymistycznych scenariuszy trzeba jeszcze wielu tygodni) i liczba bezpośrednich ofiar koronawirusa zdecydowanie zmaleje, jeszcze przez całe kolejne miesiące będziemy się musieli liczyć ze zwiększonym odsetkiem zgonów na skutek wielomiesięcznego długu epidemicznego w diagnozowaniu i leczeniu innych niż COVID-19 chorób zagrażających życiu. Gdy i to zjawisko ustąpi, nadejdzie czas na zliczenie wszystkich ofiar epidemii - i tych bezpośrednich i tych pośrednich. Należy się przygotować na to, że będziemy je liczyć w dziesiątkach tysięcy.

Podatek od psa

Wideo

Materiał oryginalny: Koronawirus w Polsce. Śmiertelne żniwo epidemii jest dużo większe, niż mówią oficjalne statystyki - Łódź Nasze Miasto

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie