Irena Santor: Gdybym się jeszcze raz urodziła, to pewnie bym znowu śpiewała

Paweł Gzyl
Paweł Gzyl
Irena Santor
Irena Santor Anna Kaczmarz / Polskapresse / Dziennik Polski
Odziedziczyła piękny głos po rodzicach. Dzięki niemu wyrosła na pierwszą damę polskiej piosenki. Przeżyła dwie wielkie miłości, niestety nie dane jej było wychować dziecka.

Na początku grudnia Irena Santor obchodziła 86. urodziny. Nie miały one hucznego charakteru. Gwiazda spędziła je w otoczeniu najbliższych przyjaciół. Tak zresztą jest od początku pandemii. Piosenkarka stara się ją przeczekać i liczy, że w przyszłym roku uda się jej wrócić na scenę.

- W momencie, kiedy rozpoczęła się ta sytuacja, kiedy pojawił się w kraju koronawirus, uciekłam na wieś. Zaprosili mnie do siebie moi przyjaciele. Przez ten czas nie wychodziłam poza obręb ich działki. Byłam bezpieczna. W Warszawie na szczęście mam osobę, która robi mi zakupy, choć mam na osiedlu sklepik, do którego mogłabym chodzić. Jest tu bardzo bezpiecznie – mówi w „Super Expressie”.

*
Urodziła się w Papowie Biskupim, ale niewiele pamięta z tamtego miejsca: wiejski pejzaż i spokojne dni. Kiedy rodzice przeprowadzili się do Solca Kujawskiego, wybuchła wojna. Ojciec zginął niemal w pierwszych jej dniach, zadenuncjowany przez swego sąsiada. Później człowiek ten znęcał się nad jej mamą – gdy stała w kolejce po węgiel i przychodziła jej kolej, rozkazywał jej przechodzić na koniec „ogonka”.

- W czasie okupacji nie miałam lalki, a bardzo chciałam. Stawałam przed sklepem dla Niemców i z nosem przyklejonym do szyby patrzyłam na te lalki. Tak się złożyło, że moja ciotka dostała nakaz pracy w kantynie dla niemieckiego wojska stacjonującego w Solcu. Poznała oficera z Wehrmachtu i poprosiła go, czy nie załatwiłby jej lalki dla bratanicy. Oficer napisał do córki w Hamburgu, która miała kolekcję lalek i poprosił ją o jedną dla mnie. Przysłała – wspomina w „Gazecie Wyborczej”.

Kiedy mama zachorowała na gruźlicę, przeprowadziła się z córką do Polanicy-Zdroju. Tam młoda Irena skończyła podstawówkę, a potem musiała zdobyć zawód, by zarabiać na życie. Mama posłała ją do szkoły zdobienia szkła, ale nie szło jej tam najlepiej, bo miała problemy z rysunkiem technicznym. Trafiła jednak na nauczycielki z sercem – i to właśnie jedna z nich, kiedy dowiedziała się, że Irena lubi śpiewać, przedstawiła ją wypoczywającemu na wczasach w Polanicy dyrygentowi Opery Poznańskiej.

Zdzisław Górzyński posłuchał dziewczyny – i ponieważ mu się spodobała, dał jej list polecający do Tadeusza Sygietyńskiego, kierownika zespołu Mazowsze. Irena go nie znała – bo w internacie, w którym mieszkała nie było radia. Pojechała jednak do Karolina, gdzie stacjonowało Mazowsze. Sygietyński od razu zachwycił się jej głosem i przyjął do zespołu. „Brylant, znalazłem brylant” – krzyczał podobno, gdy usłyszał jak Irena śpiewa.

*
Mazowsze było dla Ireny Santor szkołą życia. To tam nauczyła się estradowego fachu, jeździła z zespołem po całej Polsce i za granicę. Tam też poznała swego przyszłego męża. Stanisław Santor był skrzypkiem – i wprowadził Irenę w arkany muzyki klasycznej, zabierając do filharmonii i opery. Wzajemna fascynacja została w końcu przypieczętowana ślubem i para zamieszkała razem. Niebawem przyszło na świat jej dziecko – niestety noworodek zmarł wkrótce po urodzeniu. Kiedy piosenkarka miała 25 lat, odeszła z Mazowsza i rozpoczęła solową karierę.

- Śpiewu uczyłam się, podpatrując innych. Chodziłam do opery, słuchałam nagrań. Marzyłam cały czas, żeby ktoś powiedział mi, że trzeba śpiewać tak i tak. Próbne nagrania do radia zrobiłam na podkładach utytułowanych koleżanek, bo nie miałam swojego repertuaru – opowiada w „Party”.

Kiedy w 1961 roku wracała z nagrań w Łodzi do Warszawy wraz z piosenkarką Ludmiłą Jakubczak i jej mężem Jerzym Arbatowskim auto wpadło w poślizg i rozbiło się na drzewie. Santor i Arbatowski wyszli bez szwanku, ale Jakubczak zginęła na miejscu. Nie wiadomo skąd poszła wtedy po Polsce plotka, że Irena ukartowała ten wypadek, by pozbyć się Ludmiły, rzekomo będąc zazdrosną o jej sukcesy. Tymczasem to przecież Santor wyrastała na pierwszą damę polskiej piosenki.

- Za pierwszą nagrodę na festiwalu w Sopocie dostałam piękny zegarek, potem na innych festiwalach dawano jakieś obrazki. Za tym nie szły duże pieniądze. Koledzy dorabiali, jeżdżąc w trasy do ZSRR. Potem ruble zamieniali w Peweksie na złotówki, czy jakoś tak. Mnie to nie pociągało. Poza tym tournée trwało po dwa miesiące, jeździło się pociągami, a ja nie mogłam na tak długo zostawić domu – mówi w „Party”.

*
Małżeństwo z Santorem przetrwało 19 lat. Potem doszło do rozwodu – ale Irena zachowała bardzo przyjazne relacje z byłym mężem. Wiedziała, że jego depresja i problemy z alkoholem wynikały z wojennej traumy. Dlatego prowadziła mu dom i wspierała aż do śmierci. Układ ten zaakceptował drugi partner piosenkarki – Zbigniew Korpolewski, który choć był prawnikiem, pracował w show-biznesie.

- Na początku nie bardzo się lubiliśmy. Taki był wymagający, ostry, apodyktyczny. Nawet nie wiem, kiedy zbliżyliśmy się do siebie. To nie znaczy, że teraz spijamy sobie z dzióbków. Zbyszek to silny charakter, ja też do łatwych nie należę. Jak się uprę, to długo mnie trzeba przekonywać. On to potrafi, jednak i tak często się spieramy – mówiła kilka lat temu w „Twoim Stylu”.

Choć nigdy nie wzięli ślubu i mieszkali osobno, ich relacja była bardzo zażyła. Gdy Korpolewski poważnie zachorował i przeszedł operację, wymagał stałej opieki. Wtedy oboje zamieszkali w Domu Artystów Weteranów w Skolimowie. Gwiazda zajmowała się swym partnerem do jego śmierci. Potem wróciła do mieszkania w Warszawie.

Dwadzieścia lat temu zdiagnozowano u niej nowotwór piersi. Początkowo wpadła w panikę – ale mądrzy lekarze zajęli się nią w odpowiedni sposób. Choć guz miał złośliwy charakter, operacja i naświetlanie skutecznie go usunęły. Od tamtej pory piosenkarka bada się regularnie i to samo poleca wszystkim kobietom. Mimo dramatycznych przeżyć nie zrezygnowała z występów. Dopiero w tym roku pandemia zatrzymała ją w domu.

- Gdybym się jeszcze raz urodziła, to pewnie bym znowu śpiewała. Z tym, że uparcie dążyłabym do tego, żeby skończyć wyższą szkołę muzyczną, no i szkołę dramatyczną. Żebym nie musiała tak uparcie dociekać sama i uczyć się na błędach, których po drodze popełniałam wiele – podkreśla w „Dzienniku Bałtyckim”.

Kobiety w MMA. Płeć nie taka słaba. WYWIAD

Wideo

Materiał oryginalny: Irena Santor: Gdybym się jeszcze raz urodziła, to pewnie bym znowu śpiewała - Plus Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie