reklama

Czas robotów i… Azjatów. Coraz mniej Polaków pracuje. Ukraińców nie przybywa. Kto wykona za nas robotę, by Polska nadal rosła?

Zbigniew Bartuś
Zbigniew Bartuś
Zaktualizowano 
Nepalczycy, Hindusi, Banglijczycy, a w ślad za nimi obywatele 36 innych krajów azjatyckich chcą masowo pracować w Polsce. W tym roku legalne zatrudnienie nad Wisłą znalazło 40 tys. Azjatów. To ledwie ułamek chętnych i zdecydowanie mniej, niż gotowi są przyjąć polscy przedsiębiorcy. Ale populacja ta błyskawicznie się powiększa – w tempie 40-50 proc. rocznie. I niebawem może decydować o tym, czy polska gospodarka będzie nadal rosnąć, czy też nie.

WIDEO: Barometr Bartusia

Z braku rąk do pracy część polskich firm ma problemy z realizacją zamówień, a wiele innych nie może się rozwijać. Równocześnie szybki wzrost płac Polaków wywindował koszty pracy, co grozi utratą konkurencyjności zwłaszcza eksporterom. Mogą oni przez to stracić zagraniczne kontrakty na rzecz wyraźnie tańszych Bułgarów czy Rumunów. Próbując trzymać koszty w ryzach, firmy, które na to stać, inwestują na potęgę w automaty i roboty. Pozostałe próbują rekrutować cudzoziemców, którzy są generalnie tańsi od Polaków.

Liczba legalnie zatrudnionych Ukraińców także wzrosła w tym roku o połowę, dobijając do pół miliona (pozostałych legalnie pracujących cudzoziemców jest 170 tys.), .), ale nie wynika to z większej imigracji, tylko legalizacji wcześniejszego zatrudnienia. Generalnie napływ z Ukrainy słabnie i nie nadąża za potrzebami polskiej gospodarki. Znaczenie ma i to, że – w przeciwieństwie do Azjatów - Ukraińcy nie chcą już pracować za minimalne stawki.

W środę GUS poinformował, że stopa bezrobocia w Polsce po raz kolejny spadła, osiągając najniższy poziom od trzech dekad: 5,1 proc. We wrześniu wzrosła wprawdzie (w porównaniu z sierpniem) liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych (do 137 tys.), ale jest ona niższa niż przed rokiem i wciąż wyraźnie mniejsza od liczby wolnych miejsc pracy w gospodarce. Wedle GUS – pracodawcy zgłosili urzędom pracy grubo ponad 150 tys. wakatów. Organizacje przedsiębiorców wskazują, że dane te w małym stopniu oddają faktyczne potrzeby firm. Wedle ich szacunków, polskim firmom brakuje tak naprawdę ponad pół miliona pracowników, w tym ok. 200 tys. w budownictwie.

Brakuje pół miliona, zabraknie trzy razy więcej

W pośredniakach w całej Polsce jest ponad 150 tys. ofert pracy. Organizacje przedsiębiorców wskazują, że dane te w małym stopniu oddają faktyczne potrzeby firm, bo niewielu pracodawców rejestruje swe oferty w powiatowych urzędach pracy. Większość szuka kadr inaczej, np. w internecie i przez prywatne agencje zatrudnienia. Wedle szacunków organizacji gospodarczych, polskim firmom brakuje tak naprawdę ponad pół miliona pracowników, w tym ok. 200 tys. w budownictwie.

– Bez masowego napływu cudzoziemców ta luka z każdym rokiem będzie się dramatycznie powiększać – podkreśla Katarzyna Woszczyna, szefowa małopolskiego Business Centre Clubu. Ostrzega, że to dopiero początek: w innych krajach unijnych deficyt rąk do pracy jest i będzie jeszcze większy.

Pokazują to ostatnie dane Eurostatu. Tzw. wskaźnik wakatów (czyli stosunek liczby wolnych miejsc pracy do całkowitej liczby miejsc pracy - objętych i wolnych) wynosi w Polsce 1,1 proc. i jest dwukrotnie niższy od unijnej średniej. W Czechach wskaźnik ów przekroczył 6 proc., w Beneluksie i Niemczech - 3,3, proc., a w Wielkiej Brytanii, Austrii i Szwecji zbliża się do 3 proc.

Nasi pracodawcy muszą się zatem liczyć z ostrą i nasilającą się konkurencją – nie tylko o Ukraińców czy Azjatów, ale i Polaków. Z ostatniej, 37. już edycji "Monitora Rynku Pracy" Instytutu Badawczego Randstad wynika, że wyjazd do pracy za granicę w ciągu najbliższego roku rozważa co czwarty pracownik w naszym kraju, w tym co trzeci przed trzydziestką. Nakłada się na to fatalny trend demograficzny: wiek emerytalny osiągają właśnie powojenne wyże, a na rynek pracy wchodzą niże. Przykładowo w tym roku ustawowy wiek emerytalny (60 lat) osiągnie ponad 300 tys. Polek, a w dojrzałość wkroczy niespełna 180 tys. W przypadku panów proporcje te wynoszą 270 tys. do 180 tys. Łatwo wyliczyć, że tylko z tego powodu ubędzie nam potencjalnie 210 tys., rąk do pracy. W rok!

A kolejne lata zapowiadają się nie lepiej. Najbardziej szokujące jest porównanie populacji polskich 40-latków z populacją dzieci (w wieku 0-1), które mają ich w przyszłości zastąpić – w fabrykach, biurach, centrach badawczych, na uczelniach, budowach, w rolnictwie itp. Tych pierwszych jest ok. 650 tys., tych drugich – niespełna 390 tys.

Z szacunków PwC wynika, że z powodu wszystkich tych zjawisk do 2025 roku polski rynek pracy może potrzebować do 1,5 mln pracowników; niektóre badania wskazują nawet liczby dochodzące do 2,5 mln (np. gdyby doszło do masowego odpływu Ukraińców do Niemiec i innych krajów).

- Lukę na rynku pracy, spowodowaną m.in. zmianami demograficznymi, obniżeniem wieku emerytalnego (spadek podaży pracy o około 0,5 mln osób), starzeniem się społeczeństwa oraz obserwowaną od lat emigracją Polaków w wieku produkcyjnym, mogą doraźnie uzupełnić tylko cudzoziemcy – stwierdzili uczestnicy wrześniowego krakowskiego „Okrągłego stołu ds. zatrudnienia obcokrajowców”, apelując do rządu o zmianę przepisów, procedur i mechanizmów związanych z zatrudnieniem i osadzaniem się nad Wisłą przybyszy z różnych stron świata. W przeciwnym razie brak rąk do pracy, odczuwalny szczególnie w ośrodkach wielkomiejskich, stanie się poważnym problemem gospodarczym dla pracodawców, samorządów i państwa.

Zatrudnienie Azjatów wzrosło o 42 proc.

W ostatnich kilku latrach olbrzymią rolę w wypełnianiu luki na rynku pracy i pobudzaniu polskiego wzrostu gospodarczego odegrali Ukraińcy. Bez nich naszym pracodawcom zabrakłoby nawet 1,5 mln pracowników, a wzrost PKB Polski oraz wpływów do budżetu państwa i kasy ZUS byłby zdecydowanie wolniejszy.

- Ale rekrutacja Ukraińców staje się coraz trudniejsza. Inne kraje europejskie, jak Niemcy czy Czechy, kuszą ich lepszymi pensjami. A te są bardzo istotne, bo naszym wschodnim sąsiadom zależy na jak najwyższym zarobku w krótkim czasie. Oczywiście nadal mamy pewne przewagi wobec innych państw, takie jak bliskość geograficzna i językowa, ale nie zmienia to faktu, że rosnąca liczba firm będzie sięgała coraz dalej na Wschód, żeby uzupełnić luki kadrowe – komentuje Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service. Jego zdaniem, atrakcyjnym źródłem pracowników staną się wkrótce kraje azjatyckie.

W I połowie 2019 roku wydano ponad 35 tys. zezwoleń na pracę dla obywateli krajów azjatyckich. To o 42 proc. więcej niż rok wcześniej – informuje Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Najwięcej zezwoleń trafiło w ręce Nepalczyków (6,3 tys.), Hindusów (4,3 tys.) i Banglijczyków (4,1 tys.). Poza podium znaleźli się Gruzini (3,3 tys.), Filipińczycy (2,8 tys.) oraz Uzbecy (2,6 tys.). W sumie o pozwolenie na pracę w Polsce starali się obywatele aż 39 krajów azjatyckich.

Trafiający do Polski Azjaci uchodzą za bardzo pracowitych i solidnych pracowników, zwłaszcza w przemyśle, ale – w przeciwieństwie do bliskich nam Ukraińców – stanowią dla pracodawców duże wyzwanie językowe, kulturowe i religijne.

- Firmy muszą się zmierzyć z barierami wynikającymi z tych różnic oraz procesem adaptacji azjatyckich pracowników do polskich warunków pracy – mówi Krzysztof Inglot. Ale jest pewien, że polscy przedsiębiorcy będą to robić – z braku wyjścia.

A może zatrudnić 852 tys. bezrobotnych?

Bezrobocie w Polsce jest najniższe od 30 lat – wedle GUS zeszło we wrześniu do 5,1 proc. (w Małopolsce 4,2, w samym Krakowie – 2,2). To jednak nadal ogromna grupa – ponad 850 tys. osób (oficjalnie) chętnych do roboty. Problem w tym, że lwią jej część stanowią długotrwale bezrobotni, których bardzo trudno przywrócić na rynek pracy.

W dodatku polskie bezrobocie jest rozłożone mocno nierównomiernie – w wielkich miastach prawie go nie ma, a na obrzeżach regionów jest przeważnie znacznie wyższe od średniej. W Małopolsce stopa bezrobocia w powiatach tatrzańskim, nowosądeckim i dąbrowskim oficjalnie wciąż przekracza 8 proc. W większości wypadków nie da się przemieścić zarejestrowanych tam bezrobotnych do metropolii (np. Krakowa), gdzie praca na nich czeka. Tym bardziej że ich kwalifikacje oraz kompetencje zazwyczaj rozmijają się z wymaganiami (i oczekiwaniami) potencjalnych pracodawców.

Z drugiej strony jednak na polskim rynku pracy, także w metropoliach, dotkliwie brakuje nie tylko wyrafinowanych specjalistów (lekarzy, informatyków itp.), ale i robotników wykonujących prace proste, nie wymagające szczególnych kwalifikacji. Pracodawcy są coraz częściej gotowi inwestować w bezrobotnych, by wyposażyć ich w niezbędną wiedzę i umiejętności.

- Z całą pewnością duże zapotrzebowanie na pracę sprawia, że pracodawcy są gotowi zatrudniać osoby, które posiadają stosunkowo niskie lub niedopasowane do obecnych wymagań kompetencje, a po zatrudnieniu inwestować w rozwój zawodowy pracowników i podnoszenie ich kwalifikacji – komentuje Monika Fedorczuk, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Zarazem jednak prowadzone przez przedsiębiorców lub w ich imieniu wieloetapowe rekrutacje zniechęcają potencjalnych pracowników z aplikowania o pracę. Z najnowszych badań Grupy Progres wynika też, że ponad połowa bezrobotnych uważa, iż przedsiębiorcy są zainteresowani zatrudnianiem kandydatów wykwalifikowanych, o dużym doświadczeniu zawodowym. Zdaniem bezrobotnych, dużą role odgrywają także znajomości i rekomendacje, a dopiero potem wykształcenie, uprawnienia i kompetencje miękkie oraz twarde.

Roboty I automaty, głupku?

Eksperci wskazują, że problem braku rąk do pracy może zostać rozwiązany nie tylko przy pomocy cudzoziemców, ale i automatyzacji oraz robotyzacji. Polska wciąż odstaje pod tym względem nie tylko od światowych liderów, jak Korea Południowa, Japonia, Chiny czy Niemcy. Spośród 3 milionów robotów pracujących dziś na całym świecie, nad Wisłą działa zaledwie ok. 11 tys.

Przekłada się to na mizerny współczynnik robotyzacji rzędu 36 (na 10 tys. osób zatrudnionych w przemyśle). W Chinach wynosi on 97, w USA 200, w Japonii 308, w Niemczech - 322, a w Korei Pd. - 710. Wyprzedzają nas Węgry - 47, Czechy – 72 i Słowacja 83. Średnia dla Unii Europejskiej to 82, a całego świata - 69. Dane te pochodzą wprawdzie sprzed dwóch lat, ale od tego czasu nie przeżyliśmy jakieś totalnej rewolucji 4.0. Można raczej mówić o znacznym wzroście zainteresowania przedsiębiorców tym tematem – i ożywieniu. Ale to jeszcze nie jest przełom.

Politycy PiS nie ukrywają, że składając wyborcze obietnice dotyczące skokowego podwyższania płacy minimalnej (o 15 proc. rocznie) chcieli skłonić polskich przedsiębiorców do zainwestowania w automaty i roboty, byśmy nadgonili lukę technologiczną i poprawili konkurencyjność, rezygnując na zawsze ze śmiesznie taniej siły roboczej. Fachowcy podkreślają, że taka rewolucja jest nam potrzebna (piszemy o tym w tekście poniżej).

Równocześnie jednak trzeba mieć świadomość, że automatyzacja na szeroką skalę obejmuje dziś tylko wybrane sektory gospodarki, jak przemysł (zwłaszcza motoryzacyjny czy lotniczy), elektroniczny oraz spożywczy. Raporty OECD (2018 r.) i Międzynarodowego Funduszu Walutowego (z 2019 r.) mówią jednak wyraźnie, że w tak ważnych (bo zatrudniających większość ludzi) sektorach, jak usługi, postęp automatyzacji nie jest wielki i nie spowodował znaczącego spadku zapotrzebowania na ludzka pracę. Również budownictwo, zwłaszcza tzw. wykończeniówka, mimo coraz lepszego wyposażenia w nowoczesne narzędzia i udogodnienia techniczne, stale potrzebuje ludzi.

Proces automatyzacji i robotyzacji w coraz liczniejszych branżach oraz zastępowania prostych ludzkich operacji biurowych czy księgowych przez algorytmy jest nieuchronny i nieodwracalny, ale – wszystko na to wskazuje – będzie rozłożony w czasie, co sprawia, że Polska jeszcze długo potrzebowała będzie rąk do pracy. Ludzkich.

Zapewnienie ich firmom to jedno z głównych wyzwań dla obecnego rządu.

Czytaj także

Wideo

Materiał oryginalny: Czas robotów i… Azjatów. Coraz mniej Polaków pracuje. Ukraińców nie przybywa. Kto wykona za nas robotę, by Polska nadal rosła? - Dziennik Polski

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3