Nasza Loteria NaM - pasek na kartach artykułów

Bogdan Zając: Wygrana z Legią smakowała szczególnie

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
Jagiellonia.pl
- Muszę podkreślić, że bardzo się szanowaliśmy. Ja do dzisiaj z wieloma legionistami mam świetne kontakty, wręcz się przyjaźnimy. Gdy tylko się widujemy, witamy się bardzo serdecznie. Na boisku była jednak wtedy naprawdę twarda, momentami nawet brutalna walka - mówi Bogdan Zając, były piłkarz m.in. Wisły Kraków, a dzisiaj trener.

WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"

- Zbliża się mecz Wisła Kraków - Legia Warszawa. To zawsze jest duże wydarzenie dla całej ekstraklasy. Pan jakie ma wspomnienia z waszej rywalizacji z legionistami?
- Gdy grałem w Wiśle, były to czasy, gdy w ekstraklasie nie było Cracovii. Mecze z Legią siłą rzeczy stawały się zatem głównym punktem sezonu dla wiślaków. Wszyscy na nie czekali. Nie miało znaczenia, na którym miejscu w danym momencie oba kluby się znajdowały. To było duże wydarzenie dla zawodników, trenerów, działaczy, a przede wszystkim kibiców. Te mecze dostarczały dużo emocji, były bardzo zacięte. A gdy już do Wisły weszła Tele-Fonika, to potyczki z Legią decydowały o mistrzostwie Polski. Często wychodziliśmy z tej rywalizacji zwycięsko, ale Legia też miała oczywiście swoją siłę i nie zawsze udawało nam się ją pokonać.

- Mecz z Legią, który wspomina pan najmilej to?
- Wspomnę o dwóch. Tym z września 1998 roku, wygranym przez nas 4:1 oraz drugim, z czerwca 2001 roku, wygranym w Warszawie 2:1. To były chyba jedne z najlepszych meczów, jakie pamiętam z czasów mojej gry w Wiśle. W pierwszym przypadku tak się wszystko poukładało, że graliśmy mecz z Legią kilka dni po naszym spotkaniu w Pucharze UEFA w Mariborze. W klubie podjęto wtedy świetną decyzję, żeby zostać w Słowenii, tam spokojnie się wyspać, przejść rano odnowę w doskonale wyposażonym hotelu i na spokojnie wrócić do Krakowa. To był czas, gdy byliśmy po bardzo ciężkim okresie przygotowawczym z trenerem Franciszkiem Smudą, ale też po świetnym starcie zarówno w lidze, jak i w Pucharze UEFA. W Mariborze wygraliśmy 2:0, a był to naprawdę mocny przeciwnik. Byliśmy w związku z tym naładowani taką pozytywną energią. I z takim nastawieniem przystąpiliśmy do meczu z Legią. Nasze poczucie własnej wartości było duże. I to znalazło potwierdzenie na boisku. Zdominowaliśmy Legię, mogliśmy wygrać nawet wyżej niż 4:1. Sam miałem sytuację na podwyższenie wyniku na 5:1 w samej końcówce meczu. Jeśli natomiast chodzi o to drugie spotkanie, to przypieczętowaliśmy wygraną 2:1 nasze mistrzostwo Polski w 2001 roku. Byliśmy wtedy po kilku meczach bez zwycięstwa, mistrzostwo zaczynało nam się wymykać z rąk. Na nasze szczęście Legia też traciła punkty i doszło do bezpośredniego starcia, w którym wykazaliśmy naszą wyższość. Kontrolowaliśmy ten mecz, prowadziliśmy 2:0 i niewiele zmienił gol, jaki oni strzelili w końcówce na 2:1. Kibicom Legii oczywiście wynik się nie spodobał, trener Adama Nawałka dostał kamieniem w głowę, ale przede wszystkim cieszyliśmy się z odzyskanego tytułu. Do dzisiaj człowiek uśmiecha się pod nosem, gdy widzi fragmenty tamtego meczu.

- Były i gorsze momenty dla Wisły, gdy sezon później to Legia przy ul. Reymonta zremisowała 1:1 i praktycznie zabrała wam mistrzostwo. Dostało się po tym meczu również panu, bo Stanko Svitlica gola na 1:1 strzelił po pańskim błędzie.
- Pech. Trudno to nazwać błędem. Wybijałem piłkę i trafiłem nią w Kazia Moskala. A ta odbiła się tak niefortunnie, że przejął ją Svitlica, wyszedł na sytuację sam na sam z Ivanem Trabalikiem i wykorzystał szansę. Próbowaliśmy później jeszcze zaatakować, przechylić szalę na naszą stronę, ale już się nie udało i to Legia została mistrzem Polski. Ten mecz też dobrze pamiętam, bo jedno przypadkowe odbicie piłki zabrało nam zwycięstwo w tym meczu.

- Jakie były wasze relacje z legionistami w tamtym czasie?
- Muszę podkreślić, że bardzo się szanowaliśmy. Ja do dzisiaj z wieloma legionistami mam świetne kontakty, wręcz się przyjaźnimy. Gdy tylko się widujemy, witamy się bardzo serdecznie. Na boisku była jednak wtedy naprawdę twarda, momentami nawet brutalna walka. W tych meczach nikt nie odpuszczał, lała się nawet krew, były rozbite głowy, nogi były poobijane, ale po końcowym gwizdku nikt do nikogo nie miał pretensji, podawaliśmy sobie ręce i potrafiliśmy sobie pogratulować wzajemnie.

- Ta rywalizacja to jest coś, co wspomina pan ze swojej kariery szczególnie miło?
- Zdecydowanie. Te mecze miały swój koloryt, takie pozytywne napięcie. Człowieka nikt nie musiał specjalnie mobilizować na mecze z Legią, a wygrana w nich smakowała szczególnie.

- Dzisiaj czasy mamy inne. Wisła wciąż powoli odbudowuje się jako klub, Legia jest mistrzem Polski. Jak pan widzi te dwa zespoły?
- Wszyscy mówią o problemach Wisły, organizacyjnych, finansowych. Mało kto wspomina o takich kłopotach Legii. Ona dzisiaj jest na innym pułapie jeśli chodzi o budżet, możliwości. Uważam jednak, że Wisła wszystko, co najgorsze ma już za sobą, a dzisiaj jest w takim miejscu, że to już kwestia dwóch, trzech lat, żeby znów stała się bardzo mocnym, stabilnym klubem , który będzie bił się o mistrzostwo Polski. Już jednak obecny skład „Białej Gwiazdy” wygląda na tyle obiecująco, że przy Reymonta po cichu mogą liczyć na to, że ten zespół powalczy o coś więcej niż tylko bezpieczny środek tabeli. Czas pracuje dla Wisły, z każdym tygodniem będzie coraz bardziej widoczny efekt pracy nowego trenera, jaka jest tutaj wykonywana.

- Za nami co prawda dopiero pięć kolejek, ale proszę mimo wszystko powiedzieć, czy podobają się panu nowi zawodnicy, których sprowadziła Wisła?
- Wisła zaczęła bardzo dobrze, bo wygrała 3:0 z Zagłębiem Lubin, choć wbrew wynikowi, nie było to wcale jednostronne spotkanie. To, co mnie się rzuciło w oczy już w tym meczu, to że Wisła sprowadziła praktycznie do każdej formacji zawodników z jakością. A jak zawodnicy mają jakość, to musi z czasem przynieść bardzo konkretne wyniki. Może dzisiaj jeszcze nie wszystko funkcjonuje w tej drużynie tak, jak powinno, bo wyniki w kolejnych spotkaniach były różne, ale jestem przekonany, że czas pracuje na korzyść Wisły.

- Pan ma doświadczenie z gry co trzy dni, gdy zespół rywalizuje w lidze i w europejskich pucharach. Fakt, że Legia w czwartek gra ze Slavią Praga może ułatwić zadanie Wiśle, czy nie ma to żadnego znaczenia?
- Wszyscy w takich sytuacjach mówią o sprawach fizycznych, o zmęczeniu itd. A ja uważam, że ważniejsza jest głowa. Bo jeśli Legia wyeliminuje Slavię, to warszawianie przyjadą do Krakowa tak „napakowani”, że siłą rozpędu mogą wygrać z każdym na jego boisku. Jeśli Legia odpadnie, to może wpaść w mały dołek mentalny i można to wykorzystać. Warto jednak zaznaczyć, że to wszystko jest teoria. Czasami bowiem nawet w czasie jednego meczu, małe wydarzenie, jedna akcja, przypadkowy gol mogą odwrócić wszystko. Wiele jest takich sytuacji w futbolu. Chociażby sytuacje spowodowane zadymieniem lub serpentynami. Dochodzi do kilkuminutowej przerwy a po niej zupełnie odwracają się losy spotkań.

- Uważa pan, że Wisła ma na tyle jakości dzisiaj, że jej piłkarze mogą śmiało myśleć o wygranej?
- Zdecydowanie. Ja zresztą uważam, że dzisiaj w polskiej ekstraklasie nie ma zespołu, o którym moglibyśmy powiedzieć, że zostawił resztę daleko za sobą i z którym nie ma szans nikt powalczyć. Poprzedni sezon też pokazał, że Legia może tracić punkty. Prowadziłem wtedy Jagiellonię i z Legią zdobyliśmy w sumie cztery punkty. Teraz mocno wierzę, że Wisła zagra najlepszy do tej pory mecz w sezonie i jeśli krakowianie będą skuteczni, to trzy punkty zostaną przy Reymonta.

- Zostawmy rywalizację Wisły z Legią. Co słychać u pana?
- Nie będę krył, że czekam na oferty pracy, ale nie robię tego bezczynnie. Wykorzystuję ten czas na poszerzenie swojej wiedzy, ale też na jej przekazywanie innym. Organizuję wykłady dla innych trenerów, jestem zapraszany na różne konferencje i kursy trenerskie. Praca trenera to nie tylko prowadzenie drużyn, ale też wymiana doświadczeń. Dlatego ten czas staram się wykorzystać do maksimum.

- Od marca, gdy został pan zwolniony z Jagiellonii Białystok, minęło już sporo czasu. Podsumował pan już ten okres? Traktuje pan jako porażkę to, że nie udało się wypełnić kontraktu na Podlasiu?
- Dla mnie to było przede wszystkim ogromne doświadczenie. To była dla mnie pierwsza samodzielna praca na takim poziomie. Uważam, że wykonaliśmy kawał dobrej pracy w Białymstoku. Gdyby każdy z zawodników stanął przed lustrem i zadał sobie pytanie czy rozwinął się przez te osiem miesięcy wspólnej pracy, to mógłby sobie odpowiedzieć, że stał się lepszym piłkarzem. Zresztą wielu zawodników po zwolnieniu podkreślało bardzo dobrą współpracę i dalej utrzymujemy bardzo dobre relacje. Uważam, że Jagiellonia zrobiła postęp w operowaniu piłką pod kierunkiem naszego sztabu. Były tego wymierne efekty. Gdy wszyscy byli do dyspozycji, graliśmy dobrą piłkę, zbieraliśmy punkty. Pokonaliśmy wszystkich najlepszych z poprzedniego sezonu - Legię, Lecha, Piasta. Prezentowaliśmy się dobrze bez względu na to, czy graliśmy u siebie, czy na wyjeździe. Wypracowaliśmy swój styl , mieliśmy powtarzalność, graliśmy ofensywną piłkę i wielu to dostrzegało. Z czasem zaczęły pojawiać się kryzysy w naszej grze, ale wiem czym one były spowodowane. Pierwszy z nich był efektem bardzo mocnego uderzenia Covid-19 w Jagiellonię, gdy mieliśmy bardzo dużo zakażeń w klubie - w akademii, w rezerwach i przede wszystkim w pierwszym zespole. W tym samym czasie doszły też kontuzje. Były mecze, gdy nie mieliśmy zdrowego środkowego obrońcy do dyspozycji, a trzeba było wyjść na boisko i walczyć. Analizując, to na 15 spotkań na jesień w 13 zagraliśmy w różnych konfiguracjach linii defensywnej. Trudno zatem się było dziwić, że wyniki poszły w dół. Rok skończyliśmy jednak zwycięstwem z Górnikiem i z szansami na walkę o czołowe lokaty. W nowy rok też zresztą weszliśmy bardzo dobrze, bo od wygranej z Lechią w Gdańsku. Później przyszedł mecz z Wisłą w Krakowie. Choć przegrany, to jednak wcale nie taki zły w naszym wykonaniu. Od tego spotkania znów jednak zaczęły nam się pojawiać problemy zdrowotne. Wypadali ze składu kolejni zawodnicy, znów mieliśmy atak koronawirusa. Praktycznie cały sztab się pochorował jak i wielu zawodników, którzy stanowili siłę ofensywną zespołu. Doszły kontuzje Tarasa Romanczuka, Tomasa Prikryla i Maćka Makuszewskiego. Straciliśmy sporo na sile ofensywnej, bo zaczęli występować zawodnicy z szerokiej kadry jak i rezerw, którzy nie do końca byli gotowi na ekstraklasę i nie byli wstanie utrzymać poziomu zawodników, których zastępowali. To przyniosło porażkę z Piastem w doliczonym czasie gry, przegraną w Lubinie, a gdy po przejściu koronawirusa wróciłem do zespołu, mieliśmy mecz z Pogonią Szczecin. To było wyrównane spotkanie. Przegraliśmy 0:1 po twardej walce, ale wtedy w klubie zawrzało. Niektórzy nie wytrzymali ciśnienia i rozstaliśmy się. Mieliśmy z władzami klubu rozbieżne zdanie na temat przyczyn tego, jak wygląda zespół, więc moja praca w Białymstoku dobiegła końca. Uważam, że można było wytrzymać wspomniane ciśnienie, dać nam czas na wyjście z kryzysu i powalczyć o miejsce w pucharach. Życie pokazało, że zwolnienie trenera nie przyniosło efektów a zaburzyło automatyzmy, nad którymi pracowaliśmy wiele miesięcy. Ostatecznie wynik końcowy był niezadowalający.

- Ma pan żal do władz Jagiellonii o to zwolnienie?
- Owszem mam, bo każdy trener, który zostaje zwolniony, a ma przekonanie, że może podnieść zespół, taki żal będzie miał. Tym bardziej, że przychodząc był jasny cel, wprowadzić młodych zawodników do drużyny. Wielu z nich stało się podstawowymi graczami tego zespołu i weszli na wyższy poziom. Przed sezonem, pojawiały się opinie, że nie widać nadziei na lepszą postawę Imaza i Puljica w kolejnym roku. Potrafiliśmy jednak zmienić sposób gry, a oni stali się najlepszym duetem w lidze! Nie chciałem odchodzić z Jagiellonii. Widziałem, gdzie jest problem, miałem plan na odbudowę zespołu, ale musiałem uszanować decyzję władz klubu.

- Nie miał pan dobrej prasy prowadząc Jagiellonię. Nie żałuje pan, że nie potrafił sobie w lepszy sposób ułożyć relacji z białostockimi mediami, które dość mocno pana krytykowały?
- Od początku odniosłem wrażenie, że nie jestem ulubieńcem miejscowych mediów. Jeśli byłem atakowany nawet po wygranej z Legią w Warszawie, to jak się bronić? Niektóre zarzuty pod moim adresem były zresztą wręcz absurdalne. Jeden z miejscowych dziennikarzy miał np. pretensje do mnie o to, że na mecze ubieram się w garnitur, a nie w klubowy dres… Czułem się atakowany często bez powodu, a choć trener musi mieć grubą skórę i powinien umieć przyjmować ciosy, to ja też nie pozwolę sobie na wszystko. Dam przykład jak jeden z dziennikarzy atakuje mnie i zarzuca mi, że się nie szkolę i nie odbywam stażów. To odpowiem temu panu, że w okresie przed przyjściem do Jagiellonii zaliczyłem trzy konferencje szkoleniowe, odbyłem dwa staże, w czasie sezonu i w okresie przygotowawczym w SC Napoli u trenera Carlo Ancelottiego. To pokazuje profesjonalizm tego pana, który nazywa się dziennikarzem. Bo rzucać bezpodstawne oszczerstwa potrafi, ale odwagi by zapytać to nie ma. Czasami odpowiadałem zatem ostro, nawet agresywnie. Gniewać się na dziennikarzy jednak nie mam zamiaru. Wydaje mi się tylko, że powinni oni obiektywnie oceniać czyjąś pracę, a nie tylko szukać negatywnych rzeczy.

- W tych relacjach z mediami był taki moment, gdy pokazano sytuację z jednego z treningów, gdy polecił pan na boisko pod balonem wysypać śnieg. W mediach wyśmiewano ten pomysł jako niedorzeczny. Może pan dzisiaj powiedzieć, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodziło?
- Ta sytuacja pokazuje, jak wyglądały relacje z pewnymi ludźmi w grupie współpracowników. Nie chcę tutaj wymieniać nazwisk, ale fakt, że zdjęcia z tym śniegiem wyciekły do mediów, pokazuje jak niektórzy ludzie w Jagiellonii funkcjonują. A pragnę podkreślić, że na tym treningu nie było żadnych postronnych osób spoza drużyny. Napisać, obśmiać można wszystko i wszystkich, ale czasami warto jednak zapytać, jaka jest idea.

- To proszę wyjaśnić.
- Trenowaliśmy pod balonem na boisku ze sztuczną nawierzchnią. Sam widziałem jaki jest problem z nawierzchnią i jakie problemy zdrowotne się pojawiają. Zawodnicy przychodzili do mnie i skarżyli się, że trawa jest bardzo tępa, że są duże przeciążenia dla stawów - było sporo urazów stawu skokowego - że piłka nie dostaje na niej przyspieszenia, wręcz zwalnia. Mówili, że to później inaczej wygląda już w czasie gry w meczach, że różnica jest duża i przydało by się coś zrobić, żeby jednak warunki treningu zbliżyć do tych z czym mają do czynienia w lidze, gdy piłka po boisku chodziła znacznie szybciej. I stąd zrodził się pomysł, żeby wysypać śnieg, żeby nim nawilżyć sztuczną trawę. Po prostu, żeby poprawić zawodnikom warunki treningu zbliżyć je do meczowych. Jeśli ktoś jest inteligentny, to zrozumie, o co chodzi. Ja mogę natomiast mieć tylko żal do pewnych ludzi, którzy zrobili zdjęcia i pobiegli z tym do mediów, żeby całą sprawę obśmiać. Było to bardzo nielojalne i pokazuje, że ci ludzie tak naprawdę nie powinni być w grupie, z którą współpracowałem.

- Dzisiaj nie prowadzi pan żadnego zespołu. Poza wspomnianymi kursami, konferencjami, udziela się pan dzisiaj w jakikolwiek sposób jako trener?
- Jest we mnie dużo pozytywnej energii. Staram się bywać na meczach ekstraklasy i niższych lig. Współpracuję ze Szkołą Mistrzostwa Sportowego z mojego rodzinnego Jarosławia. Jeśli jest potrzeba, jadę tam na dzień, dwa, staram się doradzić, podpowiedzieć. Służę swoją pomocą bo tam są moje korzenie. Ciągnie mnie jednak oczywiście do normalnej trenerskiej pracy do codziennej adrenaliny. Od tego nie da się uwolnić. Nie będę tego krył.

Tutaj znajdziesz więcej informacji o Wiśle Kraków

EKSTRAKLASA 2021-22: WYNIKI, TABELA, TERMINARZ

od 7 lat
Wideo

Hokejowe Fudeko GAS Gdańsk chce się rozwijać

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Bogdan Zając: Wygrana z Legią smakowała szczególnie - Gazeta Krakowska

Wróć na krakow.naszemiasto.pl Nasze Miasto