Alan Uryga: Czuję, że mogę być w szatni Wisły Kraków ważną osobą

Bartosz Karcz
Bartosz Karcz
wisla.krakow.pl
Udostępnij:
- Już gdy podpisywałem kontrakt wiedziałem, jak duże są oczekiwania w Wiśle związane z moim powrotem. Słyszałem to od właścicieli, prezesów, później od trenera. Osobiście też tak to czuję, że w okresie gry w Płocku poczucie własnej wartości mocno u mnie wzrosło. Jestem pewien swoich umiejętności. Wiem, ile mogę dać drużynie zarówno na boisku jak i w szatni - mówi piłkarz Wisły Kraków Alan Uryga.

WISŁA KRAKÓW. Najbogatszy serwis w Polsce o piłkarskiej drużynie "Białej Gwiazdy"

- W sobotę po kilku miesiącach przerwy, spowodowanej kontuzją, zagrał pan w Gorlicach w meczu z Glinikiem. Na razie sparingowym, ale domyślam się, że musiało panu towarzyszyć duże uczucie ulgi?
- Bardzo duże! Z jednej strony moje, takie osobiste, że w końcu mogłem wyjść na boisko i zagrać choćby tylko w sparingu. Z drugiej natomiast zdawałem sobie sprawę, że ludzie w klubie, kibice czekali na ten moment. I powiem szczerze, że odczuwałem w związku z tym pewnego rodzaju presję. Nie chciałem zawieść tych wszystkich osób, dlatego tak bardzo czekałem na powrót na boisko.

- Ile brakuje panu dzisiaj do takiej formy, żeby sam przed sobą mógł pan powiedzieć, że może podjąć walkę o wyjściowy skład?
- Dzisiaj nie jestem już na etapie pracy indywidualnej, dodatkowych zajęć. Ustaliliśmy z trenerami, że wchodzę w normalny trening z drużyną. Robię wszystko to, co koledzy. Idę normalnym cyklem, jaki obowiązuje przed meczem. To ma mi pomóc dojść do optymalnej formy fizycznej. Od strony sprawności jestem już praktycznie w stu procentach gotowy. Brakuje mi natomiast kilku dni, może tygodnia, żeby wydolnościowo też było wszystko tak jak to sobie wyobrażam.

- Czy to oznacza, że możemy spodziewać się pana w kadrze meczowej na najbliższe spotkanie z Górnikiem Zabrze, czy na to jeszcze trochę za wcześnie?
- Z nikim jeszcze o tym nie rozmawiałem, ale osobiście po cichu liczę na to, że w tej dwudziestce meczowej się znajdę. Jest w drużynie trochę urazów, a skoro zagrałem pełną połowę w sparingu, to oznacza, że na ławce w meczu ligowym mógłbym się znaleźć. Jeśli jednak do tego nie dojdzie, nie będzie z mojej strony jakiegoś wielkiego rozczarowania. Wytrzymałem tyle czasu, wytrzymam jeszcze tydzień.

- Wyjaśnijmy jedną sprawę. Kiedy złamał pan nogę na urlopie, pierwsze komunikaty mówiły o kilku tygodniach, po których miał pan wrócić do treningów. Później się to jednak dość mocno przeciągnęło. Może pan wyjaśnić dlaczego tak długo to trwało?
- Złożyło się na to kilka czynników. Po zabiegu otrzymałem wytyczne od lekarza, że przez 1,5 miesiąca będę musiał chodzić o kulach i w ortezie. Okazało się jednak po tym czasie, że choć kość dobrze się zrosła, to jednak o powrocie do normalnego chodzenia, trenowania jeszcze nie ma mowy. Doktor powiedział wtedy, że musimy działać powoli, ostrożnie. W ten sposób doszły kolejne dwa tygodnie dochodzenia do pełnej sprawności w takim sensie, że mogłem zacząć chodzić bez kul. Kolejnym etapem było dokładanie powoli elementów obciążeń treningowych. Robiliśmy to powoli, ale nawet działając w taki sposób, okazywało się, że dość długa przerwa w normalnym używaniu obu nóg spowodowała, że zaczęły pojawiać się drobne problemy. Na tyle jednak istotne, że wciąż nie mogłem wrócić do normalnego treningu. Było momentami tak, że już wydawało się, że wszystko jest w porządku, a później po dwóch, trzech dniach mocniejszych obciążeń znów musieliśmy lekko zwolnić, bo pojawiały się dolegliwości. I jeszcze nie mogłem przekroczyć kolejnej bariery. Działaliśmy według takiego planu, który w końcu doprowadził do mojej pełnej sprawności. Oczywiście były momenty, kiedy bardzo się niecierpliwiłem, ale jednocześnie miałem świadomość, że czasami w życiu piłkarza tak po prostu jest i trzeba wykazać się właśnie cierpliwością przy powrocie do gry.

- Jeśli chodzi o względy zdrowotne to był dla pana najtrudniejszy moment w dotychczasowej karierze?
- Tak, zdecydowanie! Po pierwsze była to moja najdłuższa przerwa w grze. Kiedyś miałem artroskopię kolana, zszywano mi łąkotkę. Wtedy przerwa trwała około 2,5 miesiąca. Teraz sytuacja była jednak również inna z tego powodu, że moja pozycja w klubie jest zupełnie inna. Jako znacznie dojrzalszy, bardziej świadomy zawodnik trudniej to znosiłem. Sam na siebie nałożyłem presję wracając do Wisły Kraków. Wiem, że są duże oczekiwania wobec mnie i nie czułem się dobrze z tym, że wiele osób było rozczarowanych faktem, że nawet na jeden trening nie wyszedłem, a już byłem po zabiegu.

- Przypomnijmy, że do tej kontuzji doszło na urlopie w czasie aktywności fizycznej. To było złamanie przeciążeniowe?
- Lekarz powiedział mi, że wcześniej czy później i tak do tego złamania najprawdopodobniej by doszło, bo kwalifikowało się ono właśnie jako przeciążeniowe. Taka była diagnoza. Pocieszałem się zatem, że skoro miało się to stać, to może lepiej, że wydarzyło się wcześniej, bo dzięki temu szybciej również dojdę do zdrowia.

- Wszystkie pańskie plany, również nadzieje kibiców Wisły związane z pańskim powrotem do Krakowa trzeba było odłożyć w czasie, ale dzisiaj możemy już o tym porozmawiać. Wraca pan do „Białej Gwiazdy” na zupełnie innym etapie kariery. Ma pan w związku z tym większe poczucie swojej wartości od tego Alana Urygi, który opuszczał Wisłę Kraków w 2017 roku?
- Mam. Już gdy podpisywałem kontrakt wiedziałem, jak duże są oczekiwania w Wiśle związane z moim powrotem. Słyszałem to od właścicieli, prezesów, później od trenera. Osobiście też tak to czuję, że w okresie gry w Płocku poczucie własnej wartości mocno u mnie wzrosło. Jestem pewien swoich umiejętności. Wiem, ile mogę dać drużynie zarówno na boisku jak i w szatni.

- To skoro pana poczucie wartości tak wzrosło, to dlaczego wahał się pan z przyjęciem numeru sześć?
- To prawda, że długo odkładaliśmy wybór numeru. Sam nie przykładałem do tego dość dużej wagi zaraz po podpisaniu kontraktu w zimie. Nawet nie kontaktowałem się w tej sprawie z naszym kierownikiem Jarkiem Krzoską, żeby mi rezerwował konkretny numer na nowy sezon. Gdy przyszedł jednak moment wyboru numeru, chciałem, żeby nie był on zbyt wysoki. Finalnie okazało się, że zostały „piątka” i „szóstka”. I powiem szczerze, że bliżej było mi do „piątki”. Głównie dlatego, żeby uniknąć komentarzy i porównań do Arka Głowackiego. Raz, że gramy na tej samej pozycji, dwa - Arek niedawno skończył karierę.

- A to prawda, że Arkadiusz Głowacki powiedział panu, że jeśli ktoś ma wziąć numer po nim, to właśnie pan?
- Na pewno był jedną z osób, które miały decydujący wpływ na to, że ostatecznie wziąłem „szóstkę”. Powiedział mi, że będzie szczęśliwy, jeśli to ja wezmę ten numer po nim. Ostateczną decyzję podjąłem po rozmowie z synem Olivierem, który też powiedział mi, żebym brał „szóstkę”.

- Skoro już pojawiły się porównania do Arkadiusza Głowackiego, to czy kiedyś podobnie jak on Alan Uryga zostanie kapitanem Wisły Kraków?
- Dla mnie to jest na razie na tyle odległy temat, że kompletnie się nad tym nie zastanawiałem. Widzę jednak naszą szatnię, mogę brać teraz wreszcie bardziej aktywny udział w jej funkcjonowaniu i zdaję sobie sprawę, że niewielu jest już tutaj doświadczonych, mocno związanych z klubem Polaków. Jest Kuba Błaszczykowski, jest Maciek Sadlok. Nie mogę zatem się dziwić, że będą pojawiać się takie głosy, że kiedyś zostanę kapitanem Wisły. Na razie jednak jeszcze o tym nie myślę. Teraz przede wszystkim chcę wreszcie znów zagrać w oficjalnym meczu „Białej Gwiazdy”. Później muszę się zacząć sprawdzać jako piłkarz, jako jeden z liderów na boisku, w szatni. A wtedy kiedyś być może założę opaskę kapitana. Już teraz czuję natomiast, że mogę być w szatni Wisły Kraków ważną osobą.

- Odchodził pan z Wisły Kraków w 2017 roku. Wrócił pan po kilku latach. Co pana zdaniem zmieniło się w tym klubie najbardziej, co pana najbardziej uderzyło po tym powrocie?
- Jeśli chodzi o nasze funkcjonowanie w drużynie, to niewiele. Jest ta sama baza treningowa w Myślenicach. Jest wielu tych samych pracowników. Oczywiście zmienił się skład drużyny, ale to normalne. To co jednak najbardziej mnie uderzyło, to funkcjonowanie władz klubu, to jak zachowują się, co mówią właściciele, prezesi. Ja takich pozytywnych odczuć w Wiśle pod tym względem wcześniej nie miałem.

- Warto chyba w tym miejscu przypomnieć, że w 2017 roku o tym, że ówczesne władze Wisły nie chciały z panem przedłużyć umowy dowiedział się pan z internetu.
- To już legendarna historia, ale przede wszystkim liczy się to, jak rozmawia się z dzisiejszymi władzami. Nie chcę może wchodzić w jakieś szczegóły, ale klimat tych negocjacji, to jak przedstawiano mi wizję rozwoju klubu, drużyny to widać, jak ten klub poszedł do przodu. Opowiedziano mi m.in. o tym, jak klub teraz funkcjonuje od strony organizacyjnej, co też było w tym wszystkim ważne, bo przecież pamiętam, że nie było pod tym względem stabilnie przed laty. Wiele argumentów, które usłyszałem, jeszcze mocniej przekonały mnie do powrotu do Krakowa.

- Sportowo gdzie widzi pan dzisiejszą Wisłę? Prezes Dawid Błaszczykowski mówi, że jeśli zajmiecie ósme miejsce, będzie zadowolony.
- W okresie przygotowawczym, po pierwszych meczach w nowym sezonie byłem pełen optymizmu i widziałem nas w czołówce tabeli. Wydawało mi się, że np. piąte miejsce jest spokojnie w naszym zasięgu. Cóż, dzisiaj nie ma co czarować, bo w kolejnych meczach liga dość brutalnie nas zweryfikowała. Odnoszę takie wrażenie, że największym problemem obecnego zespołu jest po prostu scalenie drużyny i poznanie ekstraklasy. Dostosowanie się do charakterystyki tej ligi. Mówi się, że jest ona bardzo mocna fizycznie i nie jest to frazes. Wszyscy zawodnicy, którzy rozpoczynają przygodę z ekstraklasą trafiając tutaj z zagranicy, mocno podkreślają, że nie spodziewali się, że pod tym względem ta liga jest aż tak wymagająca. Potrzeba mnóstwo siły, biegania, determinacji. Można naszej lidze wiele zarzucić pod względem poziomu piłkarskiego, ale jeśli chodzi o jej intensywność, to plasuje się naprawdę wysoko. Widziałem nawet gdzieś takie zestawienie, nie pamiętam dokładnie gdzie, według którego pod tym względem można ekstraklasę porównać nawet do Premier League. Chodziło w tych porównaniach o intensywność biegania. Oczywiście tam więcej jest biegania z piłką przy nodze, bo poziom jest dużo wyższy, ale jednak fakty są takie, że ekstraklasa wcale łatwa nie jest. I tak wracając do pytania, na co stać obecną Wisłę, to myślę, że sporo naszych nowych zawodników musi po prostu przystosować się do wymogów ekstraklasy. Wielu z nich pierwszy raz zetknęło się z naszą ligą. Nie jesteśmy słabo przygotowani fizycznie, ale wychodząc na boisko zawsze trzeba mieć z tyłu głowy, żeby mocniej nastawić się na walkę, bieganie, pressing, doskok. To bardzo wyraźnie pokazał ligowy mecz w Mielcu. Uważam, że piłkarsko Wisła jest dzisiaj lepsza od Stali, ale musimy w każdym meczu dorzucić te elementy, o których wspomniałem wcześniej, bo bez nich punkty same nie będą się zdobywać. Jeśli jednak poprawimy to wszystko, to jestem przekonany, że jakością się obronimy i będziemy zdobywać punkty regularnie. A kibice będą częściej oglądali taką Wisłę jak w meczach z Zagłębiem Lubin czy Legią Warszawa.

- W swojej karierze pracował pan z wieloma trenerami. Jak odbiera pan Adriana Gulę po kilku miesiącach wspólnej pracy? Słyszałem takie porównania, że to taki trochę słowacki Maciej Stolarczyk lub Kazimierz Moskal. Podpisałby się pan pod tym?
- Nie pracowałem z trenerem Stolarczykiem, z trenerem Moskalem już tak. Nie chciałbym dokonywać takich porównań, ale jeśli już, to myślę, że cała trójka jest nastawiona na grę w piłkę. Bardzo stawiają na utrzymanie się przy niej. Jeśli natomiast chodzi o inne trenerskie aspekty, to pewnie znajdziemy dużo różnic. Na ten moment mogę o trenerze Guli wypowiadać się w samych superlatywach i proszę mi wierzyć, że nie jest to z mojej strony w najmniejszym stopniu chęć przypodobania się naszemu szkoleniowcowi. Wszyscy w szatni potwierdzą, że to jest bardzo dobry fachowiec. Treningi są bardzo intensywne, ale wszystko koncentruje się wokół piłki, wokół gry. Jako człowiek też jest bardzo w porządku. Gdy rozmawia się z nim w cztery oczy po pierwsze czuje się przed nim respekt jak przed szefem, ale przede wszystkim przemawiają argumenty, których używa. Ma dużą wiedzę, widać, że w futbolu sporo już przeżył, widział. Jest przy tym bardzo inteligentną osobą, z którą po prostu przyjemnie się rozmawia.

Q&A z Robertem Kubicą

Wideo

Materiał oryginalny: Alan Uryga: Czuję, że mogę być w szatni Wisły Kraków ważną osobą - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie