Autor: Mariola Szczyrba

2016-03-18, Aktualizacja: 2016-03-23 15:20

Bodo. Rewia życia i tragiczny koniec

Trudno uwierzyć, że to on. Wyniszczony i schorowany, na zdjęciach z więzienia wygląda jak cień dawnego człowieka. Fotografie Eugeniusza Bodo przysłał do Polski w latach 90. Rosyjski Czerwony Krzyż. Trudno też uwierzyć, że przez ponad pół wieku ludzie bali się mówić o tym, jak zginął jeden z największych gwiazdorów polskiego międzywojennego kina i kabaretu. Na szczęście to się zmieniło. W marcu 2016 r. pierwszy odcinek serialu o jego losach obejrzało w TVP blisko 4 mln osób.

© Wikimedia Commons

Eugeniusz Bodo na zdjęciach z więzienia

Scenariusz o życiu Eugeniusza Bodo mógłby rozpocząć się tak: są lata 80., gdzieś w Polsce. 10-letnia dziewczynka ogląda w telewizji czarno-biały film z cyklu „W starym kinie”. Eugeniusz Bodo z właściwym sobie wdziękiem śpiewa na ekranie „Już taki jestem zimny drań”. Jest przystojny, elegancki. Dziewczynka wie, że ten zabawny pan był kiedyś wielką gwiazdą. Nie ma jednak pojęcia, co się z nim później stało, dlaczego przepadł bez wieści.

Tajemnicę śmierci aktora chciał rozwiązać Stanisław Janicki, autor cyklu „W starym kinie”. Kilkanaście lat wcześniej poprosił widzów o przesyłanie wspomnień o Bodo. Został zarzucony listami, ponad 20 z nich dotyczyło śmierci gwiazdora. Problem w tym, że wzajemnie się wykluczały.

Ktoś pisał, że Bodo w 1941 r. chciał się przedostać przez granicę rumuńską i wpadł w ręce NKWD. Ktoś inny, że podczas koncertu zatrzymali go hitlerowcy, a potem zastrzelili. Pojawił się też wątek łagrowy. W Polsce rządziła jednak komuna. Stanisław Janicki niewiele mógł zrobić, schował listy do dużej koperty, zapieczętował i napisał na niej: „otworzyć po mojej śmierci”.





„Yankee Doodle”

Na razie jest rok 1909. Na scenie variétés Uranja w Łodzi 10-letni chłopiec w stroju kowboja wymachuje lassem i tańczy w rytm melodii „Yankee Doodle”. Publiczność jest zachwycona. Bodzio schodzi ze sceny strzelając z impetem z kolta. Chyba po raz pierwszy poczuje, jaką przyjemność dają oklaski.

Był skazany na światła ramp. Bohdan Eugene Junod, bo tak naprawdę się nazywał, urodził się 28 grudnia 1899 roku w Genewie. "Już w roku 1899 była Genewa świadkiem historycznego wydarzenia. W tym bowiem roku pierwszy raz ujrzał światło lampy elektrycznej Eugeniusz Bodo, czyli ja - pisał aktor w 1930 r. w magazynie "Kino", z charakterystycznym dla siebie poczuciem humoru. - Elektryczność miała zostać moim przeznaczeniem. Już jako niemowlę zacząłem życie bardzo ruchliwe, podróżowałem bardzo dużo. Zjeździwszy całe imperium rosyjskie oraz pogranicze Chin i Persji, gdzie ojciec mój wyświetlał filmy (był jednym z pierwszych propagatorów sztuki filmowej), zawitaliśmy do Polski i osiedliliśmy się tu na stałe" - dodaje.

Theodor Junod, ojciec Bodzia, był Szwajcarem (syn oprócz obywatelstwa polskiego zachowa również szwajcarskie). Matka - Jadwiga Anna Dorota Dylewska - pochodziła ze szlacheckiej rodziny z Mazowsza. W 1903 r. Theodor założył w Łodzi spółkę i rozpoczął działalność bioskopu, pierwszego kina niemego. Później na rogu Piotrkowskiej i Cegielnianej stworzył variétés o nazwie Uranja.




Okładka książki Ryszarda Wolańskiego, na zdjęciu Bodo ze swoim psem Sambo.


Mały Eugeniusz dorastał na scenie, podpatrywał za kulisami cyrkowców i kabareciarzy. Rodzice, a szczególnie matka, chcieli jednak, żeby zdobył szanowany zawód. Chłopiec poszedł do szkoły handlowej. Szybko jednak okazało się, że nie ma do matematyki głowy. Kiedy rodzice wymyślili, że może w takim razie zostanie kolejarzem, Eugeniusz dał nogę z domu. Wiedział już, że chce zostać aktorem.

Trafił do Poznania, gdzie podobno najpierw pracował jako bileter i statysta. Miał 20 lat, kiedy postanowił podbić Warszawę. Uczył się piosenek, ćwiczył dowcip, szmonces, taniec i śpiew.


Zula Pogorzelska (z lewej), Janina Sokołowska, Władysław Walter, Eugeniusz Bodo, rok 1931.
Zdjęcie NAC.


„Titine”

Jest maj 1924 roku w Warszawie. Tłumy na widowni kabaretu Qui Pro Quo w Galerii Luksemburskiej. Na scenie 25-letni Eugeniusz Bodo śpiewa z wdziękiem: „Nazywam się Titine, Titine, ach, Titine, kto poznał tę dziewczynę, pokochać musi ją..." Publika, szczególnie jej damska część, szaleje z zachwytu. Wkrótce przebój Bodo będzie śpiewała niemal cała Warszawa.

Eugeniusz przyjął pseudonim Bodo (od pierwszych sylab swojego pierwszego imienia - Bohdan i imienia matki - Doroty). Jego kariera nabrała tempa, kiedy zainteresował się nim kabaret Qui Pro Quo. To tutaj Bodo stawiał pierwsze kroki w rewiach i operetkach.

"Jego ojciec był specjalistą od prowadzenia kabaretów i szantanów na prowincji - wspomina w książce "Wielcy artyści małych scen" aktor Ludwik Sempoliński. - Wychowywany był tylko przez ojca (matka po rozwodzie wyjechała za granicę). Za kulisami kabaretów od dziecka przyglądał się popisom różnych tancerzy, piosenkarzy, a nawet cyrkowców. Od każdego coś przejął. Był więc doskonałym tancerzem i świetnym piosenkarzem, bardzo muzykalnym, choć głosu nie miał nadzwyczajnego. Ponieważ miał duże zdolności aktorskie, przy dobrych warunkach zewnętrznych doszedł do wielkich sukcesów w teatrze, a później i w filmie".

W Warszawie po pierwszej wojnie światowej kabarety przeżywały lata świetności. Qui Pro Quo, Perskie Oko, Miraż, Sfinks, Czarny Kot... Wymieniać można by długo. Bodo występował na scenie z Adolfem Dymszą, Hanką Ordonówną, Zulą Pogorzelską, Lodą Halamą i Mirą Zimińską. Teksty skeczów i piosenek pisali im Julian Tuwim, Marian Hemar czy Jan Brzechwa. To w kabarecie Bodo poznał Andrzeja Własta, autora wielu popularnych przebojów.



Polacy byli głodni rozrywki. Na rewie i operetki Qui Pro Quo publiczność waliła drzwiami i oknami. Szczególnie na kontrowersyjną jak na owe czasy rewię "Precz z nagością" w 1924 r.

"Pokazano nam dosłownie kilka nagich statystek, w bezwstydny sposób, a bez najmniejszej konieczności demonstrujących swe grzeszne cielska" - oburzał się "Przegląd Teatralny i Filmowy", ale krytycy chwalili role Bodo. Jednym z pierwszych hitów wylansowanych przez aktora w tej rewii była wspomniana już piosenka "Titine". Szybko pojawiły się kolejne, a Bodo stał się gwiazdą.



Bodo z aktorką Norą Ney, lata 30. w Krakowie. Zdjęcie: NAC

„Czy pani mieszka sama?”

„Jestem wierny miłości, ale nie w miłości” – lubił mawiać Bodo. Był szarmancki, grzeczny, "z natury wybuchowy, z charakteru do rany przyłóż" - pisze w książce "Już taki jestem zimny drań" Ryszard Wolański. Plotek o jego miłosnych podbojach było mnóstwo. Spotykał się z koleżankami ze sceny. W kabarecie Perskie Oko śpiewał do Zuli Pogorzelskiej: "Czy pani mieszka sama, czy razem z nim? Czy w domu czeka mama z humorem złym?...", a publiczność zrywała boki ze śmiechu.

Loda Halama, aktorka i tancerka, z którą również go łączono, wspominała go z sentymentem:
"Był to wszechstronnie utalentowany aktor, nerwowy i nieopanowany, ale tryskający humorem. I najważniejsze: z szalonym wdziękiem" - pisała w książce "Moje nogi i ja".



Scena z filmu "Czy Lucyna to dziewczyna?". Zdjęcie NAC.

Aktorka Mira Zimińska była nieco innego zdania: "Jak się ma powodzenie, to właściwie wszyscy >>lecą<< (...) A już najzapalczywszy był Bodo. Pożerał mnie oczami. Któregoś dnia jestem w garderobie, przyszłam dużo wcześniej. Wpadł i normalnie się na mnie rzucił. (...) Cnotę ocaliłam, tylko byłam bardzo posiniaczona" - wspomina aktorka w książce "Nie byłam samotna". Nie trzeba chyba dodawać, że plotkowano o jej romansie z Bodo.

Przez kilka lat łączono go też z popularną aktorką Norą Ney. Byli ładną, stylową parą. Pracowali razem, ale też chętnie pozowali do zdjęć. Ona w sukniach rodem z Hollywood albo w spodniach, on w garniturach od najlepszych krawców. Kiedy w 1933 r. z Norą Ney zostali obwołani „królewską parą filmu”, dziennikarz „Kina” zapytał aktora:
- Co Wasza Królewska Mość sądzi o współczesnej pannie? Czy w ogóle podobają się Waszej Królewskiej Mości współczesne panny?
- Podobają mi się zarówno brzydkie, jak i ładne, współczesne i niewspółczesne - byle tylko - miłe - odparł w swoim stylu Bodo.

Ostatecznie jednak śliczna Nora wyszła za kolegę z branży, operatora Seweryna Steinwurzela, a Bodo został sam. Najważniejszą kobietą w jego życiu pozostała matka. Aktor ściągnął ją do Warszawy i zamieszkali razem w jego luksusowym apartamencie przy ul. Marszałkowskiej. Lata mijały, a on wciąż nie miał zamiaru się ustatkować. Pojawiły się nawet plotki o jego homoseksualizmie, bo przyjaźnił się z aktorem Karolem Hanuszem, zadeklarowanym gejem (jego życie skończyło się tragicznie, został zamordowany w 1965 r. na dworcu w Warszawie przez chłopaka, którego chciał poderwać).



„Zimny drań”

Kobiety za nim szalały. Swoje wyznania zostawiały na klatce schodowej wiodącej do jego mieszkania. „Twoja na zawsze”, „Błagam o spotkanie jutro o 7. rano w Łazienkach” – pisały. Czy wreszcie: „Ideale mój, nie chcę już Coopera, nie chcę Taylora, tylko z miłości do Ciebie chora”.

„Przez tę ścianę grożą mi eksmisją. Gospodarzowi już sprzykrzyło się ciągle odnawiać schody. I co ja biedny zrobię, jak mnie wyrzucą? – skarżył się Bodo w mediach (cyt. za „Już taki jestem zimny drań” R. Wolański).

Do kina przekonała go Elnie Gistedt, aktorka, zwana "szwedzkim słowikiem". Zagrała z Bodo w filmie "Rywale" w reż. Henryka Szaro. Premiera odbyła się 16 lutego 1925 r. w kinie Rococo. Bodo zagrał młodego nauczyciela muzyki, który kocha się w córce archiwisty. "Czołowa trójka hultajska Elna Gistedt, Fertner i Bodo zdają celująco egzamin na artystów filmowych w wielkim stylu" - donosił recenzent "Nowości Filmowych". Debiut był udany. Cztery lata później w filmie "Kult ciała" Bodo po raz pierwszy przemówił z ekranu.

Miał opinię największego amanta polskiego kina, chociaż chciał grać inne role.
"Nie jestem amantem i do ról tych nie czuję żadnego pociągu - mówił reporterowi "Kina". - Interesują mnie role psychologiczne, lecz do tych krajowa produkcja jeszcze nie dorosła. Ażeby być amantem, trzeba mieć naprawdę fascynujące warunki zewnętrzne”. On sam uważał, że ich nie ma. Kokietował? Czy naprawdę miał kompleksy?


Aktorzy Eugeniusz Bodo (1) i Adam Brodzisz (3) w towarzystwie reżysera Michała Waszyńskiego (2) podczas realizacji filmu "Głos pustyni". Zdjęcie NAC.


„Zapuszczam brodę”

"Sensacja! Bodo zapuścił brodę" - krzyczały nagłówki polskich gazet w 1932 roku, a „Kurier Codzienny” publikował listy zachwyconych i rozczarowanych fanek gwiazdora. Bodo przygotowywał się do roli w filmie „Głos pustyni” (był jego współproducentem i autorem scenariusza). Wykorzystując popularność swojego nowego image'u zaśpiewał w rewii piosenkę pt. "Zapuszczam brodę". Tekst napisał mu sam Szer-Szeń, czyli Jan Brzechwa.

Brukowce wymyślały niezliczone plotki na temat Bodo. Nawet dziennikarze fachowych pism pytali: czy przywiązuje wagę do fatalnej trzynastki; ("Nie jestem wcale zabobonny i nie wierzę ani w trzynastki, ani w siódemki" - odpowiedział); kiedy czuje się najlepiej? ("gdy poprzez różne przeszkody dopnę celu") i kto jest jego ulubionym aktorem („Sylvia Sidney”)...



Bodo w jednej ze scen w rewii "Cyganeria", zdjęcie NAC.

Zawsze elegancki, stołował się w najlepszych restauracjach Warszawy, a towarzyszył mu jego ukochany pies – dog niemiecki - Sambo (zagrali nawet razem w filmie). Pewnego razu Bodo zatrzymał się przed sklepem, żeby coś kupić. Wszedł do środka, a Sambo za nim. Na widok potężnego psa kobiety znajdujące się w sklepie zastygły z przerażenia. "Szanowne panie, proszę się nie bać! – powiedział ze spokojem Bodo. - On już zjadł dziś na śniadanie jedną osobę”.

Głośnym echem odbiła się w mediach parodia Hitlera w jego wykonaniu, zaprezentowana m. in. na łamach "Kina" w 1933 r. Aktor stanął na czele Partii Różowych Koszul i jako Król Ekranu Polskiego zarządził, żeby każdy był uśmiechnięty i radosny. Zamiast swastyki na ramieniu nosił serduszko i zachęcał braci i siostry do szerzenia... "bodoizmu".

Szyte specjalnie dla niego garnitury zachwalali krawcy w programach kabaretowych Morskiego Oka. On sam pokazywał się na plakatach reklamujących flauszowe marynarki OldEngland, pastę do zębów z wiśni, pantofle od Kielmana, krawaty od Chojnackiego czy kapelusze Młodkowskiego. Promował nawet "Przegląd Sportowy", chociaż ze sportem niewiele miał wspólnego. Jego pasją było za to zbieranie znaczków i... wyszywanie makatek.




„On nie powróci już”

"Straszna katastrofa samochodowa" - relacjonował 27 maja 1929 r. „Głos Poranny”. - Artysta teatru Morskie Oko, Witold Roland, poniósł śmierć na miejscu. Artysta tegoż teatru, p. Eugeniusz Bodo, który prowadził auto, wyszedł bez szwanku".

Artyści po przedstawieniu w Warszawie pojechali samochodem na wystawę do Poznania. Mieli wrócić następnego dnia wieczorem. Orkiestra żartowała, że na pewno się spóźnią i zagrała im na pożegnanie tango „On nie powróci już...”. Piosenka okazała się prorocza.

Bodo był świeżo upieczonym kierowcą. W chevrolecie jechali z nim: właściciele szkoły jazdy, bracia Reczkowie, aktor Witold Roland i tancerka Zofia Oldyńska. Do wypadku doszło w nocy w okolicach Łowicza. Droga była rozkopana, źle oznakowana i słabo oświetlona. Przy prędkości ok. 40 km/h auto Bodo wpadło na stertę kamieni, przekoziołkowało i spadło z nasypu. Roland zginął na miejscu, reszta odniosła lekkie obrażenia. Następnego dnia wieczorem poturbowany i przygnębiony Bodo śpiewał na scenie w Warszawie: „On nie powróci już...”

Wypadek był dla niego traumatycznym przeżyciem. W rozbitym samochodzie znaleziono butelki po alkoholu. Podczas rozprawy w sądzie Bodo zapewniał, że podczas jazdy był trzeźwy. Ale być może właśnie ta tragedia sprawiła, że stał się zatwardziałym abstynentem.


Z Reri w filmie "Czarna perła", zdjęcie NAC.


„Dla ciebie chcę być białą”

To była prawdziwa sensacja. Wiosną 1933 r. w Warszawie pojawiła się ciemnoskóra piękność z Bora Bora – Reri, gwiazda filmu „Tabu”. Jej występ złożony z tańców i pieśni polinezyjskich odbył się w kinoteatrze Alchambra. Tam zobaczył ją Bodo i wpadł po uszy.

„Bodo i Reri tworzyli parę podziwianą przez całą Warszawę – mówił Stanisław Janicki w swojej audycji „Odeon” w RMF Classic. - Dziennikarze dyskretnie śledzili rozwój owego nadzwyczajnego romansu. Zaczęto nawet przebąkiwać o szykującym się ślubie”.

Reri niedawno zagrała w filmie niemieckiego reżysera Friedricha Murnaua pt. "Tabu". Filmowiec chciał zrobić z niej gwiazdę, wysłał do Nowego Jorku. Tam uczyła się, jak się stosownie ubierać, wypowiadać i zachowywać w towarzystwie. Potem ruszyła w świat z zespołem muzycznym, promując swój film. Tak dotarła do Warszawy.

Zachwycony Bodo zaproponował 21-letniej Reri wspólne mieszkanie w Warszawie, futro karakułowe i rolę w jego nowym filmie. Specjalnie dla niej napisał scenariusz „Czarnej perły”. Reri odwzajemniała jego uczucie, ale kiedy on - pracoholik - spędzał czas na planie filmowym lub w teatrze, ona nie miała w Warszawie za wiele do roboty. Pisano, że była jak duże dziecko, lubiła błyskotki, lalki, perfumy i... koniak.


© Polska Press Grupa

Patrycja Kazadi w roli Reri w serialu "Bodo"

Scenarzysta i krytyk filmowy Anatol Stern tak opisywał plan zdjęciowy "Czarnej perły" we „Wspomnieniach z Atlantydy”: „Reri świetnie czuła się w Kazimierzu; pół dnia spędzała nad Wisłą a pół dnia w knajpie Berensa. Bardzo bała się Eugeniusza Bodo, który nie pozwalał jej pić wódki. Muszę przyznać, że często piliśmy razem”.

„Czarna perła” okazała się sukcesem. Reri zagrała w filmie egzotyczną piękność i zaśpiewała nieco łamaną polszczyzną piosenkę „Dla ciebie chcę być biała”. Prasa była zachwycona. Niestety związek z Bodo nie przetrwał próby czasu. Aktor podobno chciał odciągnąć swoją „Perłę” od picia, ale nic z tego nie wyszło. Rozstali się. On wyjechał na tournée do Palestyny, ona wróciła na Tahiti, gdzie wyszła za mąż za urzędnika.

Pisarz Arkady Fiedler, który spotkał ją kilka lat później, nie miał o Bodo dobrego zdania: „Niestety gładysz, dzióbasowaty letkiewicz, po kilku tygodniach sprzykrzył się egzotyczną aktorką. I zaczął bezceremonialnie wpychać Reri w ramiona innych galopantów, swych koleżków. Gdy Reri w końcu wyrwała się z birbancko-sprośnego bagienka i wyjechała z Polski, już było za późno, by się wyprostować” - pisał Fiedler w książce "Wiek męski-zwycięski".

„Pieśniarz Warszawy”

"Wkracza w życie od podwórza z gitarą w ręku, z piosenką na ustach" - pisała z entuzjazmem prasa o roli Bodo w „Pieśniarzu Warszawy”. To tutaj Bodo zaśpiewał słynny hit "Zimny drań". W tym samym roku publiczność ciągnęła do kin na "Czy Lucyna to dziewczyna?". Bodo zagrał w nim u boku przebranej za mężczyznę Jadwigi Smosarskiej. I chyba jako pierwszy aktor w polskim kinie rozebrał się na ekranie.

Kiedy dziennikarz „Kina” zapytał go, czy z łatwością przychodzi mu grać tak różne charaktery, odpowiedział: "W zasadzie każdy aktor powinien posiąść tę łatwość, ale mnie się udaje to bez trudu, dlatego, że... nie lubię siebie. Tak, tak. Nie lubię ani mojego głosu, ani sposobu bycia, ruszania się.... i dlatego wprost z pasją eliminuję przy każdym typku, przy każdej roli, wszystko to, co jest ze mnie osobistego".

Aktorstwo mu jednak nie wystarczało. Na początku lat 30. wspólnie z Michałem Waszyńskim i Adamem Brodziszem Bodo założył spółkę produkującą filmy o nazwie Uranja. Został też reżyserem. Nakręcił „Królową przedmieścia” z Haliną Grossówną, później „Za winy niepopełnione”. Miał wiele planów. W 1939 r. rozpoczął prace nad filmem „Uwaga-szpieg!”, miał w nim zagrać agenta polskiego wywiadu. Wkrótce jednak wybuchła wojna i wszystko się zmieniło.




Bodo w filmie "Wiatr od morza", zdjęcie NAC.



„Za winy niepopełnione”

Siedział sam w obskurnej celi od ośmiu miesięcy. Wycieńczony, przybity, za nic w świecie nie chciał zdjąć z siebie jasnego płaszcza z podszewką – jedynej rzeczy, która pozostała mu po dawnym świecie.

„Gdyby się nie przedstawił, nie poznałbym go – mówi w filmie „Za winy niepopełnione” Alfred Mirek, muzykolog, który przez trzy miesiące siedział z Bodo w więzieniu na Butyrkach w Moskwie. – Był przygarbiony (...). Postarzał się o jakieś 15 lat. Siedzieliśmy na pryczy i rozmawialiśmy”.

Mirek wiedział, kim jest Bodo. Był w 1940 r. na jednym z koncertów orkiestry Tea Jazz Henryka Warsa, w której aktor zajmował się konferansjerką. Jak trafił do niewoli? Po wybuchu drugiej wojny światowej Bodo wraz z innymi artystami wyjechał z Warszawy do Lwowa. Kiedy armia niemiecka podchodziła pod miasto, stwierdził, że powoła się na swoje szwajcarskie obywatelstwo i wyjedzie do Ameryki. Koledzy z zespołu byli w szoku, namawiali, żeby nie ryzykował. Ale Bodo się uparł. Złożył w urzędzie we Lwowie prośbę o pozwolenie na wyjazd za granicę z paszportem neutralnego państwa - Szwajcarii.

26 czerwca 1941 r. w jego mieszkaniu pojawiło się dwóch tajniaków z NKWD. – Proszę się ubrać, pojedzie pan z nami – powiedzieli. Był przekonany, że chcą go ratować przed niemiecką okupacją. Trochę z nimi pożartował, wziął płaszcz, kapelusz, szczoteczkę do zębów i pojechali. W Moskwie trafił do więzienia Butyrki. Rosjanie podejrzewali, że jest szpiegiem. Osiem miesięcy później dołączył do niego Alfred Mirek. Zaprzyjaźnili się. Kiedy po trzech miesiącach muzykologa przewieziono do łagru, Bodo załamał się.

Potem trafił do więzienia w Ufie, a później do łagru w Kotłasie na Syberii. Są świadkowie, którzy widzieli, jak ładowano go w Butyrkach do samochodu, powłóczył nogami, nie był w stanie iść. „To już była agonia” – mówi w filmie „Bodo. Na tropach tajemnic” Stanisław Janicki.

„Uwaga! Szpieg”

- Wasze nazwisko, imię i imię ojca! – pyta w więzieniu oficer NKWD.
- Junod Bodo, Eugeniusz Bohdan Fiodorowicz – odpowiada wycieńczony aktor.
- Jakiej jesteście narodowości?!
- Szwajcarskiej – podkreśla Bodo.
- Obywatelem jakiego kraju jesteście?! – ponownie pyta oficer.
- Jestem obywatelem Szwajcarii.

Podczas przesłuchań mówił zwyczajnie, jak było. W jakich filmach grał, do jakich krajów jeździł, z kim się spotykał. I w kółko powtarzał: „jestem obywatelem Szwajcarii”. Wierzył, że paszport neutralnego kraju będzie dla niego przepustką do wolności. To go zgubiło.

Podwójne obywatelstwo, znajomość kilku języków, światowe życie, podróże, własna kawiarnia w Warszawie, wreszcie rola w filmie „Uwaga-szpieg!” – to wszystko było dla NKWD dowodem na jego szpiegostwo. Przecież aż siedem razy był w Niemczech! Nie potrafili sobie wyobrazić, że ktoś naprawdę może mieć takie życie.

Gwoździem do trumny okazał się list z polskiej ambasady w sprawie jego uwolnienia. Przyszedł do więzienia w sierpniu 1942 r. Dla Rosjan było to kolejne potwierdzenie podejrzeń, że aktor jest agentem. Jeśli nie niemieckim, to na pewno polskim. Uznali go za „element społecznie niebezpieczny” i skazali na pięć lat pracy w łagrze. Gdyby wcześniej przyznał, że jest Polakiem, zostałby objęty amnestią z 1941 r.

Pojawiła się też inna szansa na uwolnienie. Latem 1943 r. obozowa komisja lekarska stwierdziła, że z powodu pelagry, wywołanej skrajnym wycieńczeniem, Bodo jest inwalidą niezdolnym do pracy w łagrze. Zasugerowano, by go zwolnić. Nie doczekał się. Zmarł 7 października. W akcie zgonu napisano: „gruźlica płuc przy towarzyszącej pelagrze”. Jego ciało wrzucono do anonimowego, zbiorowego grobu w Kotłasie. I przez wiele lat nikt nie potwierdził, że pogrzebano tam słynnego polskiego aktora.





Jest rok 1993. Wiera Rudź, krewna Bodo, dostała list od Polskiego Czerwonego Krzyża. W kopercie były dwa zdjęcia mężczyzny z rosyjskiego więzienia. Wyglądał jak wrak człowieka. Trudno było uwierzyć, że to Bodo, którego tak długo szukała. Dwa lata wcześniej napisała w tej sprawie do Sejmu, Czerwonego Krzyża, Lecha Wałęsy, a nawet prezydenta Jelcyna. W dokumentach, które przesłał Rosyjski Czerwony Krzyż za pośrednictwem PCK, znalazła też datę i miejsce śmierci aktora. Była też adnotacja dotycząca wyroku: „zrehabilitowany”.

Więzienne akta Bodo zostały ujawnione dopiero w 2000 r. za sprawą dziennikarzy "SE". 11 lat później w Kotłasie odsłonięto pomnik aktora w kształcie płyty nagrobnej. Wśród zaproszonych na uroczystość gości znalazł się m. in. Stanisław Janicki.

© Tomasz Hołod, Polska Press Grupa

Antoni Królikowski (z lewej) jako młody Bodo na planie serialu.

Jest marzec 2016 r. W niedzielę wieczorem blisko 4 mln Polaków zasiada przed telewizorami, żeby obejrzeć serial „Bodo” o jednym z największych gwiazdorów międzywojennego kina i kabaretu. Po 73 latach od tragicznej śmierci aktora nikt już nie boi się mówić o tym, jak zginął i kto odpowiada za jego śmierć. "Rewia" Bodo ma swój gorzki happy end. Tylko dlaczego tak długo trzeba było na to czekać?

Mariola Szczyrba, dziennikarka naszemiasto.pl

Zdjęcia archiwalne z Eugeniuszem Bodo pochodzą z Narodowego Archiwum Cyfrowego



Korzystałam m.in. z: "Już taki jestem zimny drań" Ryszard Wolański, Rebis; filmu "Za winy niepopełnione", reż. Stanisław Janicki; Mira Zimińska-Sygietyńska, "Nie żyłam samotnie", Warszawa 1985; Ludwik Sempoliński, "Wielcy artyści małych scen", Warszawa 1968; film "Na tropach tajemnic. Bodo-śledztwo", reż. Katarzyna Kącka.

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!