Protestujący odnieśli sukces: prezydent Krakowa zastanawia się nad ograniczeniem planu, który ma chronić zieleń m.in. na obrzeżach.

Prezydent Jacek Majchrowski uległ presji mieszkańców, protestujących przeciwko projektowi planu ochronnego dla 215 terenów zielonych, czyli łącznie ponad 3,3 tys. hektarów. Tego samego dnia, gdy ogłosił, że znów będzie ubiegał się o reelekcję, wystąpił w debacie Radia Kraków, podczas której z jego ust padły słowa, których mało kto się spodziewał. - Ja w tej chwili po tych wszystkich dyskusjach, jakie się toczyły, zastanawiam się nad tym, czy tego planu nie wycofać i nie wprowadzić potem w ograniczonym zakresie - stwierdził.

Jak dodał, obawia się, że gdyby plan został uchwalony, obecne protesty ostatecznie skończyłyby się pozwami przeciwko gminie i wieloma sprawami sądowymi. Co zresztą protestujący zapowiadali we wnioskach z uwagami do projektu planu, który jest oczkiem w głowie wiceprezydent ds. rozwoju Elżbiety Koterby. I choć co do zasady popierają go m.in. ekolodzy, to od początku wzbudza kontrowersje, głównie wśród krakowian z obrzeży miasta, którzy mają tam swoje działki. Zarzucają urzędnikom, że tworzą plan kosztem ich własności i pozbawiają możliwości budowania domów dla siebie czy swoich dzieci.



Zagrywka przedwyborcza?



Projekt planu został już nawet wyłożony do publicznego wglądu, a do 25 maja można jeszcze składać do niego uwagi. Tym bardziej zapowiedź prezydenta może dziwić.

- Idą wybory. Władze miasta czują, że opór społeczny wobec tego planu jest duży, a przy urnie może liczyć się każdy głos. To zapewne główny powód takiej zapowiedzi - twierdzi radny miejski Włodzimierz Pietrus (PiS). Od początku mówił, że plan trzeba podzielić na kilka mniejszych. - Jeśli zostałby uchwalony w tym kształcie, łatwiej byłoby go uchylić w sądzie. Nasz głos nie został jednak wzięty pod uwagę. Gdy mówiliśmy, że należy go podzielić, słyszeliśmy absurdalne głosy, że jesteśmy w zmowie z deweloperami - twierdzi Pietrus.

Zapowiedź dziwi też Grzegorza Stawowego, radnego miejskiego z PO. - Przez ostatnie dwa lata pani prezydent Koterba mówiła o tym, jaki ten plan jest ważny, pilny i niepodlegający negocjacjom. Przypomnę, że w radzie miasta proponowaliśmy poprawkę, aby ten plan podzielić na dwie lub nawet cztery części, żeby w razie problemów formalnych lub dużych protestów w jednym obszarze, udało się plan uchwalić dla innych - twierdzi Stawowy.

Jego zdaniem, jeśli zapowiedź stanie się faktem i dojdzie do zmiany granic planu, oznacza to przystąpienie do jego sporządzenia od nowa. Jeżeli tak będzie, uchwalenie planu się opóźni, a to oznacza, że kolejne tereny, które mają być chronione, mogą zostać zabudowane. Plan już teraz się wykrusza. De facto wypadł już z niego na przykład obszar przy ulicy Żywieckiej i Szczerbińskiego, który był naturalnym łącznikiem między południową i północną częścią Lasu Borkowskiego, gdzie budowane są bloki.

Miliardowe odszkodowania



Chcieliśmy się dowiedzieć, w jakim zakresie plan miałby zostać ograniczony i jaka czeka go przyszłość. Do zamknięcia tego numeru „Dziennika Polskiego” nie uzyskaliśmy odpowiedzi od urzędników. Biorąc pod uwagę to, co w debacie w Radiu Kraków mówił prezydent, można przypuszczać, że wziął pod uwagę m.in. potencjalne odszkodowania, o które walkę - już na obecnym etapie prac nad planem - zapowiadali mieszkańcy i stąd jego decyzja.

Jak mówił na łamach „Dziennika Polskiego” Włodzimierz Pietrus, negatywnych rozstrzygnięć na rzecz miasta można spodziewać się wtedy, gdy właściciel działki udokumentuje w jakiś sposób, że jego nieruchomość miała przeznaczenie budowlane, a teraz wprowadza mu się tam zieleń. Z roszczeniami odszkodowawczymi urzędnicy zmagają się już teraz przy okazji innych planów miejscowych, obejmujących zdecydowanie mniejsze, kilkudziesięciohektarowe obszary miasta. Właściciele działek domagają się odszkodowań m.in. wtedy, gdy w planie, po ich gruncie, została poprowadzona np. droga publiczna. W ubiegłym roku do urzędu wpłynęło co prawda tylko 20 roszczeń, ale w jednym z nich zażądano aż... 11 mln zł! A chodzi o działkę przy ulicy Wileńskiej, która nie ma nawet hektara. W tym przypadku urząd uznał roszczenie za bezzasadne i odszkodowania nie wypłacił, jednak już w innym musiał to zrobić, co kosztowało ponad 4 mln zł.

Skalę problemu, z którym musi zmagać się m.in. krakowski magistrat, pokazuje raport o finansowych skutkach planowania przestrzennego, który w 2015 r. stworzyli Andrzej Olbrysz oraz Igor Zachariasz z Instytutu Badań i Ekspertyz Samorządowych z Uczelni Łazarskiego w Warszawie. - Przebadaliśmy wszystkie gminy w Polsce. Przejrzałem prawie 32 tys. planów zagospodarowania przestrzennego, uchwalonych do końca 2012 r. Wyliczyliśmy, że wtedy nieewidencjonowany dług publiczny samorządów z tytułu obligatoryjnego wykupu gruntów pod drogi gminne w wyniku uchwalenia tych planów wynosił ponad 90 mld zł! - twierdzi Olbrysz.

Jak tłumaczy, roszczenie odszkodowawcze następuje w momencie, gdy właściciel dokonuje podziału geodezyjnego swojej nieruchomości. - Wraz z decyzją podziałową, fragment jego działki, który w planie jest przeznaczony np. pod drogę publiczną, przejmuje z urzędu gmina. I za niego musi wypłacić odszkodowanie. Oczywiście nie jest tak, że właściciele od razu bądź w ciągu roku po uchwaleniu planu przekształcają swoje działki. Niektórzy nie robią tego w ogóle. Nie zmienia to faktu, że jest to przerażająca kwota. A chodzi tutaj o same drogi - mówi Olbrysz. Bo przecież działkę gmina może przejąć też np. pod zieleń, jak właśnie jest w przypadku wielkiego planu, który teraz władze Krakowa mogą zmodyfikować.

ZOBACZ KONIECZNIE:




Polub nas na Facebooku i bądź zawsze na bieżąco!


WIDEO: Poważny program - playlista 3 odcinków

Wiadomości Kraków, Wydarzenia Kraków

Komentarze (7)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Wiesia (gość) (asd;lfsdf232$)

Chyba właśnie na tym polega demokracja, aby starać się znaleźć kompromis dla wszystkich. A tak to wszystkim jest źle - jedni chcą więcej zieleni, inni nie chcą jej na swoim terenie, bo chcą się na nim budowac. I bądź tu mądry

Antymajcher34 (gość)

Majchrowski i jego klika nigdy zieleni nie cenili ani nie rozumieli potrzeb mieszkańców w tej dziedzinie

asd;lfsdf232$ (gość)

Czy to nie chora sytuacja, że władze miasta zamiast dbać o zieleń dla mieszkańców, to muszą ich presji "ulegać"? Po co ich mieszkańcy w takim razie wybierają? WYmienić ekipę i spokój

Tst55 (gość)

Precz z nieudolną władzą Majchrowskiego. Czas na młodych którzy rozumieją jak ważna jest zieleń dla ludzi

zielonyyy (gość)

Czy zielenią na plantach się ktokolwiek w ogóle zajmuje ? Nieprzycinane kasztanowce blokują całe światło, według mnie taka dżungla się zrobiła....
Zamiast przyciąć gałęzie na których siedzą ptaki to czasem tylko widzę jak ktoś z polewaczką rozmywa ptasie odchody wzdłuż alejek....