Dwie rodziny z Jugowic pod Krakowem straciły wszystko [ZDJĘCIA]

Katarzyna JaniszewskaZaktualizowano 
Pożar na ul. Ciechocińskiej w Krakowie wybuchł w Wielkanocną Niedzielę Michal Gaciarz / Polska Press
Przyda się każda pomoc. Pożar wybuchł w Wielkanocną Niedzielę, chwilę po godzinie 15 i rozprzestrzeniał się błyskawicznie.

Robert Foryś nie mógł po prostu stać i bezczynnie patrzeć, jak ogień zabiera cały dorobek jego życia - dom, który wybudował własnymi rękami. Chociaż strażacy zabraniali, zagrodzili wejście na posesję, przeskoczył przez ogrodzenie sąsiada. Dlatego teraz ma zwichniętą kostkę. Ale wtedy nie myślał, działał instynktownie. Z płonącego domu wyniósł żółwie, kota, laptopa, trochę ubrań, które akurat nawinęły się pod rękę. Tyle.

- Zostaliśmy bez dachu nad głową, bez niczego - mówi załamany. - Cały czas nie dociera do mnie, co się stało.

Wielkanocna Niedziela w podkrakowskich Jugowicach zapowiadała się spokojnie. Większość mieszkańców willowej dzielnicy spędzała czas z rodziną. Tak jak Forysiowie. Wyszli z domu tuż po śniadaniu, poszli do kościoła, później na świąteczny obiad do mamy pana Roberta. Parę domów dalej, więc niczego nie zabierali, niedługo mieli wracać. Zjedli i szwagierka właśnie podawała herbatę. Spojrzała przez okno.

- Ty, a co to za czarny dym nad twoim domem - rzuciła do pana Roberta.

- Kiedy przybiegliśmy na podwórko, nasz dom jeszcze się nie palił - relacjonuje pani Alicja, żona Roberta. - Zobaczyłam strażaków i pomyślałam: co za szczęście, sytuacja jest pod kontrolą, nasz dom uda się ocalić. Uspokoiłam się.

[g]9796017 [/g]

Ważne, że żyjemy

A zaczęło się dość niegroźnie. Obok w domu Piwowarczyków zabrakło prądu. W jednej chwili pogasły światła i telewizor. Skrzynka z korkami jest w ogrodzie, więc pan Marek poszedł sprawdzić, co się stało. Kątem oka zobaczył, że niewielka drewutnia w ogrodzie, w której trzymają rowery i narzędzia ogrodnicze, stoi w płomieniach. Zaczął krzyczeć, by zaalarmować rodzinę. Ogień rozprzestrzeniał się tak szybko, że sześć dorosłych osób - mąż, żona, dwóch synów, dziadkowie - uciekało w skarpetkach.

- Żadne z nas nie mogło sobie przypomnieć pod jaki numer dzwonić po pomoc - opowiada Marzena Piwowarczyk. - Człowiek powinien zapisać sobie te informacje w widocznym miejscu. Kiedy przychodzi tragedia, traci się głowę.

Dom Piwowarczyków jest murowany, strażacy, którzy przyjechali na miejsce zajęli się najpierw jego gaszeniem. Góra nadaje się do wyburzenia, meble do wyrzucenia, parkiety są wykrzywione od wilgoci. Ale uda się go odbudować.

- Całe życie to mąż był twardy, teraz ja staram się go wspierać - mówi pani Marzena, która mimo nieszczęścia nie traci pogody ducha. - Sąsiedzi się z nami solidaryzują, chcą pomagać, radzą, co gdzie załatwiać. Solid Security pilnuje naszych domów. Gdyby nie oni mogłoby być gorzej, bo nad ranem ogień znowu zaczął się tlić. Zauważyli go i wezwali strażaków.

Dom Forysiów stanął w płomieniach jako drugi. Budowany na początku lat 90-tych, drewniany na górze, lakierowany. Kiedy pierwsze płomienie zaczęły przeskakiwać na ścianę, wszystko poszło błyskawicznie.

Z pokoju 9-letniej Zuzy, córki pana Roberta i pani Alicji, widać obłoki przesuwające się po niebie. Dachu nie ma. Nie ma też ścian. Na resztkach dawnej podłogi leży pełno popiołu.

- Tyle nam zostało, co się mieści w bagażniku auta - mówi pani Alicja. - Trochę ubrań udało się wyciagnać. Pierzemy wszystko, bo przeszło dymem, zobaczymy, czy uda się to wywabić. Na początku córka strasznie płakała, bała się. Spaliły się jej ksiażki, zabawki, keybord. Ale tłumaczymy jej, że to tylko rzeczy. Najważniejsze, że nam nic nie jest.

Bóg nas doświadcza

Krystyna Foryś, matka pana Roberta się zastanawia: dlaczego akurat ją tak Bóg doświadcza? Kolejne nieszczęście w jej życiu, kiedy innych omijają. Co się człowiek podniesie z jednej tragedii, przychodzi kolejna. - Moje życie jest takie, że książkę można by napisać - mówi smutno.

Była młoda, gdy straciła męża. Zachorował na raka dwunastnicy. Została sama z czwórką małych dzieci i długami, jakie zaciagnęli na budowę domu. Później choroba w niecałe trzy miesiace zabrała jej syna. 37-latek zmarł na glejaka mózgu.

- Nie chcę myśleć, co by się stało, gdyby pożar wybuchł w nocy - dodaje. - Mnie już na niczym nie zależy. Tylko na rodzinie.

W sprawie pomocy pogorzelcom można kontaktować się z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej w Krakowie, ul. Józefińska 14, tel. 12 616 54 27.

Wideo

polecane: Flesz: Koniec gorszego jedzenia - żywność w Polsce, jak na zachodzie.

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3